Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.
wtorek, 11 grudnia 2018

Kotka domaga się wyjścia. Stoi pod drzwiami do korytarza, miaucze rozdzierająco, skacze do drzwi. Gdy je otworzyć, biegnie do drzwi prowadzących na zewnątrz. Tam, gdzie pada mokry śnieg, tej nocy nie ma mrozu, gdzie ciepła zima, efekt globalnego ocieplenia.

Wypuścić kotkę na zewnątrz, o drugiej w nocy, to całkiem zgodne z jej naturą. A zupełnie niezgodne z instynktem nadopiekuńczym pewnych domowników tego domu, którzy z pewnością zatrzymaliby małe futrzane, przymilne zwierzę w domu. Rzekomo dla jego dobra.

Antek otwiera jej drzwi, pierwsze i drugie. Mała nie zastanawia się, wymyka w ciemną przestrzeń. Antek sam pobiegłby się tam, gdzie ona. Ale zbyt się zasiedział, w zbyt wiele wplątał się obowiązków. Antkowi chce się tyle, że zazdrości kotce. Dlatego wypuszcza ją w ciemną noc, na podwórko, na ogród, na drzewa, dachy, gdziekolwiek będzie chciała popędzić, bo on sam chciałby tak, jak ona, ale czegoś mu nie wystarcza...

Stoi na pierwszym piętrze i patrzy w stronę ogrodu. Sto pięćdziesiąt, może dwieście metrów. Dalej cmentarz i pola. Pola niepodobne do niczego, co spotkać można w mieście. Miasto o drugiej, trzeciej w nocy, jest martwe. Pola zdają się żyć pewnym tajemniczym życiem. Antek nie wie, jak je uzasadnić, udowodnić, ale jest pewien, że ono toczy się w nocy i we dnie, takim samym tempem, napięciem. Tylko miasto usypia na noc.

Ciemność ogrodu, przez którego konary przeświecają dalekie lampy. Kwazary. Głowa pełna szumu, pozostałości wielkiego wybuchu, albo wyścigu dnia, zmieszanego z odrobiną alkoholu. Zwalnia czas, nareszcie zwalnia, jak za dziecięcych lat, gdy czas ciągnął się niemiłosiernie. Tajemnica czasu. Życie zależne od czasu. Nie inaczej. Bez wyboru.

wtorek, 04 grudnia 2018
– Może byś narysowała obrazek i umieściła na tablicy klasowej? Potrafisz rysować. Albo kilka fajnych zdjęć. Albo jeden z twoich tekstów.
– Wiesz, jest jeden problem. Jeśli to coś będzie rzeczywiście fajne i nauczyciele zaczną to chwalić, to odsuną się ode mnie ludzie z klasy. Niektórzy nawet przestaną rozmawiać.

czwartek, 29 listopada 2018

Dziewczyna w tramwaju, z odkrytą głową i długimi, blond, farbowanymi włosami, opadającymi na sztuczne, krótkie futerko z kapturem, które dłońmi obejmuje z przodu i zaciska, nie zapina. Czarny prawie czarny futrzany płaszczyk kontrastuje z jasnymi włosami, spomiędzy których wychyla się jasna twarz w ciepłym kolorze makeupu, o podkreślonych oczach i brwiach, ze zgrabnym nosem, gładkim, lekko okrągłym czołem i kochającymi oczyma. Zimowe, duże, jasnobrązowe buty na obcasie nawiązują kolorem do włosów. Wychodzą z nich nogawki, zwyczajnych jeansów w kolorze wyblakłej czerni, biegną w górę, a na zagięciu kolan otwierają się duże, oberwane dziury.

Najtrudniej zapamiętać obserwacje. Tam, wtedy, w tramwaju, na skrzyżowaniu ulic przy Poczcie Głównej, na trotuarze przy dworcu, na Placu Nowym, wtedy tam wszystko jest jasne – fascynacja, absurd, niekonsekwentnie ubrana dziewczyna, niby zakochana para, zakochana przez przypadek, spiesząca do domu, zgrabna, jak to w jej wieku, nastolatka, potykająca się na rozjeździe tramwajowym, facet w średnim wieku, brnący wśród tłumu na oślep, któremu wszyscy ustępują z drogi. Tam mógłby opisać każdy szczegół ich ubioru, twarzy, sposób poruszania się, tam widzi przyczynę i cel, rozumie niepewność na twarzach, zamyślenie, pozę, maskę.

Kiedy usiądzie przy kartce papieru, przy klawiaturze, pamięć o tamtych ludziach, szczegółach, najgorsze – o emocjach – znika. Tak, to prawda, była kobieta z futerałem skrzypiec na plecach, ale co z tego? Siedziała taka jedna w czerwonej kurtce, zapatrzona w smartfon, no i co? W zaciszu pokoju, tam, gdzie można by odtworzyć uliczne fascynacje, zaciera się ich ślad.

Stąd najtrudniejsze – jak zatrzymać w sobie cały ten sens, którym tchnie świat na zewnątrz. Jak przypomnieć, przywołać, przeżyć jeszcze, tym razem – z bladą, materią przed sobą, bezduszną, o ile nie wypełnić ją sensem. Poczuciem sensu. Przekonaniem niewątpiącym, niepodważalnym…

 

On wie, że prowadzisz z nim grę. Wie, że gra nie jest złośliwa. Próbujesz go odczytać, trochę sprowokować, ale szanujesz to, co czuje. Widzisz, problem polega na tym, że on nie ma siły. Powyżej pewnego zagęszczenia obowiązków, spraw, drobnych próśb, poleceń, oczekiwań ludzi, którym nie można odmówić (naprawdę, nie masz czego zazdrościć), nie ma siły na luz i spokojny, afirmujący uśmiech, który ci się z pewnością należy. Należy ci się znacznie więcej. Bądź spokojna, zasługujesz.

środa, 28 listopada 2018

Inspiracją mogą być nie tylko mistrzowie, świetni nauczyciele, genialne dzieła, albo sympatyczne dzieła, sukcesy, pomysły i tak dalej… Inspiracją mogą być i źli nauczyciele, pomysły spalone, nawet kicz. Wydaje się niemożliwe, ale to się zdarza, taka inspiracja działa. Poprzez frustrację, zawód, potem determinacją, aż do wściekłości. Że jednak warto się postarać, powalczyć, poszukać.

Ach, kiedy coś komuś się nie uda, choć powinno, choć wiele wskazuje na to, że był skazany na sukces, ach gdy myślisz, jak to jest możliwe?, i o co chodzi, że wyszło tak jak wyszło, że nawet trudno opisać słowami, bo gdyby stworzył ktoś obcy… Ale to przyjaciele, ulubieńcy, więcej – specjaliści w swojej branży nie od dziś; gdyby stworzył to ktoś ci nieznany, to nie miałbyś obiekcji oblać strumieniem zasłużonego kwasu błędy aż nadto widoczne. I niewątpliwe! Ale tym, którzy je popełnili, trudno je przypisać, więc umysł poszukuje jakiejś zewnętrznej przyczyny, usprawiedliwienia, nieszczęśliwego splotu okoliczności niezależnego od mnie, ciebie, od nikogo…

Nieważne. Najważniejsze, że biegniesz do domu przysięgając po drodze, że zabierzesz się za jedną rzecz w życiu, za tę, która ci najbardziej wychodzi, że przeczytasz wszystkie książki, które znajdziesz na ten temat, że pójdziesz na spotkania z ludźmi, którzy się tym zajmują, oglądniesz wszystkie wystawy, przetrząśniesz antykwariaty, nawet że będziesz od dziś się wysypiał i założysz zeszyt dobrych postanowień. Wszystko po to, żeby uniknąć poparzenia własnej skóry, choć przez chwilę być dobrym, być uważnym, skoncentrowanym, pokornym, cichym, przeczuwającym radarem najlepsze wiatry i omijając najgorsze miny… I stworzyć jedną, małą dobrą rzecz – dobrą. Nie musi być genialna, ale – świadoma, nieprzypadkowa, wskazująca, że coś wiem, nad czymś panuję…

niebo, obwodnica Miechowa, fot. Piotr Kubic



poniedziałek, 26 listopada 2018

Zapowiadał się przez dwa, trzy dni. Teraz znikł.

Z okna na piętrze naszego domu, teraz, w nocy, ponad dachem przybudówki, ciągnie się widok na ogród. Splątane gałęzie starych drzew. Gdy spadnie śnieg, przestrzeń ta na odległości stu, dwustu metrów, nabiera przestworu. Podczas dnia przestrzeń kończy się, po drugiej stronie, dobrze widocznym, cmentarnym murem z kamieni wapiennych. Ale nocą mur nie istnieje. Gdzieś dalej, poza nim, błyszczą pomarańczowe, wysokie lampy. Światła majaczą wysoko, choć w oddali. Stoją na osiedlu, o dwieście, może nawet trzysta metrów dalej niż mur. W ciemności, w skrócie perspektywy, pomiędzy starymi konarami drzew na ogrodzie, wydają się bardzo bliskie. Tylko nocą. Nie istnieją w ciągu dnia.

Ich światło rzuca cienie konarów i gałązek na ścianie naszego pokoju. Sypialni. Na zielonej ścianie odbija się zbita gęstwina, jak sitko o nieregularnych, splątanych okach, chwiejących się na wietrze, jeśli akurat wieje.

Dziś nie wieje. Nie ma śniegu. Z dziecięcą pretensją wyglądam przez okno na piętrze. Śnieg powinien być. Chcę śniegu. Gdzie jest śnieg? Dlaczego nie ma? Śnieg!

Czas biegnie coraz szybciej. Lata zmieniły się w kwartały. Tygodnie mijają z mrugnięciem oka. Między jednym mrugnięciem a drugim obraz wypełniają wspomnienia z dzieciństwa. Krzywych krawężników, spękanych ścian domów, nieszczelnych okien, kwiatów z mrozu na szybach, całych godzin i dni nudy w chorobie. Hejnał Mariacki transmitowany o dwunastej w południe i kroki trębacza przechodzącego po deskach podłogi, w tamtym ciasnym pomieszczeniu na wysokości osiemdziesięciu metrów.

Dlaczego przeszłość tak szybko staje się nieuchwytna. Nawet jej nie wspominamy, nie mamy takiej potrzeby i nie potrafimy. Pamięć, która nas tworzy, staje się nie naszą własnością, przypadkiem jakimś, improwizacją, wypadkową wszystkich nieprzewidywalnych bodźców, których nie jesteśmy w stanie nawet rejestrować na bieżąco, a co dopiero układać w czasie.

czwartek, 15 listopada 2018

Portret to środek komunikacji portretowanego z tymi, którzy będą go oglądać. Portretowany, który nie bierze pod uwagę widza, odbiorcy, myśli tylko o tym, jak ja wyglądam, a nie o tym, co chcę przekazać temu, kto mnie będzie oglądał, jest egocentrykiem.

Zdałem to sobie sprawę przy okazji kilku portretów, które wykonałem niedawno. Portretowany wybrał zdjęcie, które nie zawiera żadnego pozytywu, nie zawiera niczego. Przynajmniej tak starał się wyglądać i dość dobrze mu się udało.

Ale nie to mnie zastanawia. W kilku innych zdjęciach próbowałem ocieplić jego wizerunek i udało się to - nieznacznie, ale więcej nie trzeba. Na wypranej z emocji, lekko melancholijnej twarzy, pojawił się gdzieś promyk. Nie do końca wiadomo gdzie, patrząc – szukam go, wędruję między oczyma, ustami, czołem, patrzę na policzki. Ta wędrówka jest fascynująca.

Nie zostawił mi wyboru. To się zdarza, taka praca. Ale jest niezwykły sposób, w jaki odrzucił wszystkie inne zdjęcia z wyjątkiem tego jednego, pustego. Były to słowa nie tylko awersji, ale prawie wstrętu, może strachu. Pomyślałem, że nie myśli o odbiorcach i o tym, że mógłby im dać coś ciepłego, co ma w sobie. W zdjęciu, które wybrał, jest ignorancja kogoś, kogo spotka on, żywego, samemu będąc na fotografii.

Portretowany nie wie, kogo spotka, ale w portrecie widać, czy chce, próbuje, nawiązać kontakt, czy obchodzi go tamten człowiek. Portret jest tym trudniejszy dla modela, że nie może on przewidzieć, z kim się spotka. Portretowany, gdyby chciał pomyśleć o ludziach, którzy na niego spojrzą, mógłby choć próbować dokonać analizy społeczeństwa, ludzkości, pomyśleć o tym, co on myśli o człowieku w ogóle. Czy ma coś do dodania do ogółu? Nawet proste – czy lubi ludzi, czy w ogóle o nich myśli? Czy myśli tylko o sobie? To widać na portrecie. Bardzo dużo widać…

środa, 14 listopada 2018

Czy zdarzyło ci się niszczyć piękno po to, abyś mógł odzyskać spokój? Coś, albo ktoś, jest obok i wydaje się bardzo pociągający, idealny, doskonały. „Bardzo” na tyle, że nie pozwala na codzienne, zwykłe działanie. „Bardzo” przechodzi w „zbyt”, staje się męczące, dręczy, nie sposób się od niego uwolnić. Ucieleśnienie ideału, marzeń, okazuje się zmorą, potępieniem, zaczyna być niebezpieczne. Sposobem na powrót do spokoju jest znaleźć wadę, skazić piękno, spaskudzić ideał, wyśmiać, zbagatelizować, zatłuc magię. Udowodnić, że to tylko złudzenie, pomyłka, niedopatrzenie, nieprawda. Wrócić do codzienności.

Krzyczysz ratunku sztyletując swoją tęsknotę i patrząc w bok, by nie uronić łezki.

środa, 17 października 2018

Na czym głównie polega fotografowanie ludzi?

– nie na tym, aby umieć ustawić przysłonę, czas, ostrość
– nie na tym, aby złapać np. twarz pod odpowiednim kątem
– nie na uchwyceniu właściwego momentu, wyrazu twarzy, nastroju

Fotografowanie ludzi polega głównie na przekonywaniu ich do własnego wizerunku.

wtorek, 02 października 2018

„Nie czyń szczęścia zbyt gwałtownie, nie udoskonalaj bytu galopem. A gdybyś nawet gdzieś stworzył szczęśliwych, w co wątpię, pozostaną nadal ci inni. Dojdzie tedy do zawiści, tarć, napięć. Kto wie, czy nie staniesz przed dylematem, chyba niemiłym: albo twoi szczęśliwcy dadzą się zawistnikom, albo zmuszeni będą owych przykrych, ułomnych, natrętnych, co do nogi wytłuc. A to dla uzyskania pełnej harmonii.”

Stanisław Lem, Cyberiada - tutaj link do tego fragmentu

poniedziałek, 01 października 2018

W poszukiwaniu nagrań powieści Stanisława Lema trafiłem na superprodukcję „Niezwyciężonego”. Rolę narratora czyta Krystyna Czubówna. To dla mnie zaskoczenie, bo w całej powieści nie występuję ani jedna kobieta, podobnie jak w wielu innych powieściach Lema. Głos Krystyny Czubówny jest w tej roli ciekawy. Link który podałem, prowadzi do 40-minutowego fragmentu pilotującego. Resztę należałoby zakupić.

Przechodząc do sedna – w przytoczonym fragmencie najbardziej rozczarowuje głos Horpacha. Tak, rzeczywiście był to starszy człowiek, ale absolutnie nie o skrzekliwym, pretensjonalnym głosie. W nagraniu słychać raczej utyskującego, starszego, niepokaźnego mężczyznę , a nie astrogatora, doświadczonego astronauty, wieloletniego dowódcę wielkich, najnowocześniejszych statków kosmicznych, który o głowę przewyższał całą załogę.

Trochę lepiej wypada Rohan. Jest wyraźnie młodszy, szybszy w słowach, bardziej emocjonalny. Lecz niestety, za bardzo brzmi jak młody, popędliwy, niedoświadczony. A jest przecież zastępcą dowódcy. Żeby nim zostać, musiał przejść przez kolejne szczeble hierarchii, latać w kosmosie przez wiele lat. To również nie jest ten Rohan, który powstał na kartach powieści Lema, choć bliżej mu do pierwowzoru, niż odtwórcy roli Horpacha.

Słychać niestety niedoskonałości realizacji dźwiękowej. Każdy z trzech głosów, które wymieniłem, jest nagrany inaczej, w innej perspektywie dźwiękowej. O ile może być to zrozumiałe w przypadku narratorki wobec postaci, to same postacie, rozmawiające w tym samym pomieszczeniu, powinny mieć tę samą przestrzeń akustyczną. Horpach natomiast jest wyraźnie dalej przez cały czas rozmowy. Tym bardziej traci na swojej doniosłości i powadze. Chwilami wydaje się, jakby miał być postacią humorystyczną.

Kolejna kwestia, którą słyszę – narratorka i postacie nie nagrywały siedząc razem w studiu, tylko każdy oddzielnie. Następnie realizator dźwięku, podczas montażu, ani reżyser, nie zadbali o to, by nadać wrażenie, że tekst płynie spójnie. Słychać to w zaburzeniach rytmu tekst, który nie jest organiczny. 

Jeszcze jedna uwaga – na początku nagrania, którego link podałem, znajduje się trailer superprodukcji. Pojawia się w nim bolączka znana z głosów z reklam – sztuczność, nieprawdziwość, przesada (okrzyki, zdumienie, strach, zdziwienie). Domyślam się, że to może być chwytliwe dla mniej wprawnego słuchacza, ale to nie jest superprodukcja. Powstaje wrażenie, że to zlepek głosów dobranych bez konsekwencji, niedokładnie wyreżyserowanych i zrealizowanych.

Kierownik muzyczny, z którym pracowałem przez wiele lat w teatrze powiedział, że nie musi oglądać przedstawienia teatralnego, żeby stwierdzić, czy ma szansę być dobre. Wystarczy, że posłucha samych dialogów, nie patrząc na scenę.

Mistrzowskie pozostaje dla mnie nagranie „Niezwyciężonego” przez Andrzeja Łapickiego. Jest w nim atmosfera odległej, nieznanej, obcej planety, tajemniczość, jest więź ludzi-astronautów, nawet jeśli skonfliktowanych, to będących poddani temu samemu, wspólnemu losowi, zmagającymi się z niebezpieczeństwami, ale również tajemnicą istnienia, świadomości, wszechświata. Głos Łapickiego zawiera w sobie o wiele więcej, niż to, co usłyszałem w superprodukcji.

Jeszcze pozytywny promyk – nagranie „Pamiętnika znalezionego w wannie” dokonane przez Łukasza Garlickiego. Na początku tego nagrania nieco zamarłem, bo początkowe słowa są wypowiadane drętwo. „Kiepski początek” pomyślałem. Ale gdy zaczyna się wreszcie tekst powieści, Łukasz Garlicki wchodzi w inną przestrzeń, otwiera się w nim coś, co słychać wyraźnie w głosie. Zatapiam się w historii przez niego czytanej i mówię do siebie – jest dobrze!

Praca lektora to ma być majstersztyk. Tylko dźwiękiem zjednoczyć się ze światem, który stworzył ktoś inny. Nie ma kostiumów, świateł, czasem jest muzyka, ale nie ona decyduje o powodzeniu. Kiepsko czytać, to może lepiej nie czytać, bo teraz każdy komputer sam potrafi to zrobić.

niedziela, 30 września 2018

Fascynujące nagranie „Niezwyciężonego”, powieści Stanisława Lema, czytanej przez Andrzeja Łapickiego. Można posłuchać tutaj.

Można powiedzieć, że to „stara szkoła” czytania, ale nie wiem, czy rzeczywiście stara, czy po prostu bardzo dobra, znakomita. Może nie od razu to słychać, ale staje się jasne w porównaniu z innymi lektorami, którzy zabrali się za czytanie.

Na przykład – ktoś inny nagrał „Eden”. Po kontynuację należy się zwrócić na stronę audioteka.com, gdzie audiobook kosztuje ponad 30 zł. Nie kupię, ponieważ nie jestem w stanie zaakceptować czytającego. To nie ta wrażliwość, świadomość, mówiąc krótko. Eden nie jest żartem, komedią, tylko dramatem, a takie nastroje kreuje głos. Nie jestem w stanie słuchać bez nieustającego rozczarowania i kręcenia głową – to nie tak, nie tak.

Podobnie z fragmentem „Opowieści o pilocie Pirxie” – niepotrzebne emfazy, przeciągnięcia głosu, rytm, intonacja nadane sztucznie przez czytającego, nie wynikają z tekstu. Czy pracując w teatrze staję się wybredny? Na pewno. Malkontencki, kapryśny, rozpuszczony? Tak. Taki los.

Niezłe jest, jak się wydaje, nagranie „Cyberiady”, tutaj przesada, groteska, pozostaje w zgodzie ze światem przedstawionym.

U Andrzeja Łapickiego fascynuje mnie powściągliwość. Brak podbijania głosu, sztuczności, brak tego niskiego gardłowego brzmienia, które dziś jest wszechobecne w reklamach i przeniosło się na audiobooki. W czasie, gdy Łapicki nagrywał, nie było w Polsce reklam. Ale nie sądzę, że ma to znaczenie.

Pamiętam olśnienie sprzed kilkunastu lat, jedno z moi pierwszych, w teatrze. Jako młody, zielony jeszcze realizator dźwięku, obsługiwałem pewien spektakl. Jeden wieczór, potem drugi. Trzeci – to wydawało mi się już początkiem rutyny. Ale nagle ze sceny padły te same słowa, co poprzednich wieczorów, tylko że inaczej. Coś się nie zgadzało. Popatrzyłem w dół, z mojego stanowiska, i zdałem sobie sprawę, że dziś jedną z postaci gra inny aktor.

Do tamtej pory nawet podejrzewałem, że zmiana aktora to zmiana spektaklu… Ten, który grał teraz, był dla mnie płaski, mało znaczący, wypowiadający tekst i oczekujący na replikę partnera. Dziś wiem, że może wskoczył szybko na zastępstwo, że nie uczestniczył w próbach. Lecz wtedy poruszające było to, że ogromna różnica tkwiła w tym, co niemierzalne, trudne do opisania. Bo przecież tekst był ten sam, sytuacja ta sama, te same kroki na scenie, te same ruchy. A jednak to nie było to samo, aż tak bardzo, że żółtodziób jak ja nie mógł wyjść ze zdziwienia.

niedziela, 16 września 2018

…zajęły orzechy spadające na blaszany dach.

Wystrzał, za każdym razem.

Orzech spada z wysokiego drzewa, orzecha, starego, starszego niż Antek, który, odkąd pamięta, pamięta orzecha stojącego za stodołą. Stodoły już nie ma, przerobiona na garaże. Wysoki dach zdemontowano, bo zbutwiały łaty, które dźwigały betonowe dachówki. Blacha jest lżejsza, i oddaje soczystym dźwiękiem wystrzału spotkanie z orzechem spadającym z orzecha.

Nikt nie wie, kiedy spadnie. Z dokładnością sekundników w elektronicznych zegarkach, smartfonach, komputerach, nie można poradzić na to, że orzech spada. Wieczorem, w ciemności, wystrzał wzdraga nami, jesteśmy na podwórku, a tu: „bach”. Albo jesteśmy w okolicach altany, albo nawet gdy zasypiamy w pokoju na piętrze z uchylonym oknem. „Bach”, „bach!”

Wieczory zapadają wyraźnie wcześniej, niż na początku wakacji. Opłakujemy je, w ciszy, w duszy, nie dając po sobie poznać wobec ludzi niezainteresowanych, pędzących gdzieś, ignorantów. Ciemność wzmacnia wrażenia, a o wrażenia nam chodzi. W pierwszych sześciu dziesiątych sekundy ludzki układ nerwowy jeszcze nie wie, co się stało, słyszy tylko „bach” i całe to nieco ponad pół sekundy tkwi w niepewności, zanim rozum orzeknie: spoko, to tylko orzech na blaszanym dachu. 

Skoro nie ma świerszczy, Antek czeka na kolejny orzech. Nie jeżdżą samochody w sobotę wieczorem, spadają orzechy. Jeszcze pięć uderzeń, aż zaśnie.

piątek, 31 sierpnia 2018

...umierając, wydać z siebie jedno słowo, zdanie, wiersz, opowiadanie, miniaturę muzyczną, fotografię, która podtrzyma ludzi na duchu i sprawi, że z jasną twarzą rozpoczną kolejny dzień

wiedząc, że kiedyś i tak umrą

to byłoby mistrzostwo

które nie będzie mi dane

wtorek, 21 sierpnia 2018

Zanim zasnę, chcę zostawić drobny ślad. Póki istnieje moja świadomość, która umrze na chwilę, na kilka godzin, podczas snu. Wierzę, że powróci nad ranem, wraz z dzwonkiem budzika. Ale przecież to nie takie pewne. Lecz nawet, jeśli nie pewne, to nie biorę takiej możliwości pod uwagę. Ale nawet, jeśli nie biorę, to gdzieś tli się obawa, że jest ona jednak możliwa. Dlatego właśnie chcę zostawić drobny ślad, zanim zasnę.

sobota, 18 sierpnia 2018

Jeszcze grają świerszcze
na jeszcze nie otwartej obwodnicy miasteczka
w ciemności
w jeszcze serdecznym powiewie
lata