Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.
środa, 19 lipca 2017

Chwytać się sensu. W tym momencie, w tej sekundzie jest sens, pisania. Skąd i jak, nie wiadomo. Za chwilę może go nie być. Czy jest on uzasadniony, to inne pytanie. Lepiej nie pytać, jeśli chce się pisać. A się chce, tylko autocenzura nie pozwala. Wyłączyć autocenzurę, przez zapomnienie (się), alkohol, albo silne uczucie – szczęścia, rozpaczy, pustki, przeładowania.

Chciał napić się piwa. W lodówce czekało od dziesięciu dni. Butelka. Otwieracz. Kapsel. Szklanka. Gdzie szklanka? W szafce nad blatem, po prawej stronie. Czyste, lśniące szklanki, umyte wprawną ręką. On czystych nie chce. Nie zasługuje na tak czyste, skoro pije piwo. Plebs pije piwo. Ci lepsi – wino, wreszcie koniak, a przynajmniej wódkę. Po drugie – nie umie tak dobrze myć szklanek. Tak dobrze myje jego dziewczyna. Która nie protestuje przeciwko piciu piwa, nawet napije się pół łyczka, i lekko skrzywi: „z lodówki...?” Niemniej jednak on przeczuwa, że ona znosi, albo nauczyła się znosić, to znaczy: nie reagować na piwo. A po drugie – po prostu nie fair jest brać idealnie przezroczystą szklankę do piwa. Dlatego przegląda szafkę i szuka szklanki takiej z białymi plamkami, na której ściankach zostały ślady wody, takiej twardej, jak w tej okolicy. Szklanki, którą sam umył, kiedyś, w zimnej wodzie i ze zbyt małą ilością płynu do mycia naczyń. Taka szklanka nie jest brudna, ma tylko zacieki powstałe podczas suszenia. To zwykły węglan wapnia czy magnezu. Po prostu nie wygląda zbyt dobrze, ale tak naprawdę jest okej. Okej dla niego i dla piwa.

W swoim podejściu, pomyślał, próbuje być w miarę sprawiedliwy. Nie wymaga wiele. Skoro już pije piwo, nie oczekuje luksusów. Skoro będzie śmierdział piwem, niech pije ze skazitelnej szklanki. Potem sam ją umyje, w zimnej wodzie i ze zbyt małą ilością płynu do mycia naczyń. To w imię oszczędności. Bo taką szklankę sam potem weźmie, znów do piwa, możliwe też, że do herbaty. Gościom nie podałby takiej szklanki, o nie. A nawet, gdyby zabrakło idealnie czystych szklanek, to zanim postawiłby tę swoją, na stole, postarałby się ją wypolerować, ściereczką kuchenną, czystą, wziętą z szafki nad okapem.

Wszystko po to, aby w miarę z czystym sumieniem napić się piwa. Jednego. Ba, nie w głowie mu już wojaże. No chyba że ze starym przyjacielem, to wypije dwa albo trzy. Może cztery czy pięć, ale na dwóch, to i tak trudno przeliczyć. Zresztą w piciu piwa, tak naprawdę, chodzi o ten pierwszy łyk.

sobota, 15 lipca 2017

Z całego dnia powietrze właśnie teraz stygnie. Mijane przystanki, opustoszałe tramwaje. Ławka na nocnym skwerze śmierdzi piwem. Asfaltowej drogi czterdzieści kilometrów. Czym jest dom, czy tylko łóżkiem. Oczy bolące, odwracają się od komputera.

Szum aut na dalekiej obwodnicy niesie stygnące powietrze. Szum w którym, przeświadczenie mi mówi, ukryty powinien być sens. Istnienia. Aut. Opon samochodowych. Skoro aut, opon, asfaltu i obwodnicy w ogóle, to i mój sens. Tego co robiłem dzisiaj. Próbuję go właśnie odgadnąć, zanim usnę. Ostatnie chwile.

niedziela, 02 lipca 2017

Nawet jeśli prawie w ogóle nie tańczy, albo nigdy nie tańczył, albo nie jest to jego ulubione zajęcie. Ale zatańczy z tobą, dla ciebie. Potem odprowadzi cię tam, gdzie będziesz chciała, a jeśli pożegnasz się z nim nagle i w połowie schodów, nie będzie miał ci tego za złe. Przedtem jednak porozmawia z tobą za każdym razem, gdy będziesz do niego podejdziesz, a także, z daleka, pośle ci spojrzenie, to które bardzo lubisz. Pomyślisz wtedy, że tego spojrzenia ci brakuje, i że chciałabyś je czuć na sobie częściej. Może nawet wyobrazisz sobie, że tak jest, każdego dnia; wyobrazisz to sobie na pół minuty. Trzydzieści sekund wystarczy, żeby żyć wyobrażeniem przez następny tydzień, dlatego pożegnasz Antka nagle, w połowie schodów, i nie dasz znaku życia przez siedem dni. Czego Antek nie będzie ci miał za złe. Przeciwnie, bo cię rozumie; domyśli się, dlaczego nie dajesz znaku, nie odbierasz telefonu, ani nie oddzwaniasz.

wtorek, 27 czerwca 2017

Z serii Zapisy znalezione

Wysiadłem z autobusu, na przystanku, sto metrów od domu. Przystanek zrujnowany, ulica zrujnowana, w remoncie. W przeróbce. Będzie inna. Idę wzdłuż wykopów, samochody na wąskiej i pokiereszowanej nawierzchni mijają mnie o centymetry. Między pachołkami i pionowymi tablicami pomalowanymi w skośne biało-czerwone pasy dostrzegam białą, lśniącą kartkę. Dziwne, że nie jest pomięta. Podnoszę i czytam, nie przestając dreptać; w kurzu, między pęknięciami i i kupkami żwiru.

 

Dotykam cię, żeby się upewnić. Skóra jest ciepła. Jeszcze. Dopóki twoja skora jest ciepła, przeciągnę po niej dłonią, też przytulę się. Dopóki jest ciepła. Niewiele rzeczy jest pewnych, w sumie prawie nic nie jest pewne. Z wyjątkiem tego, że kiedyś twoja skóra przestanie być ciepła. Sprawdzam jeszcze raz. Ten moment nie nadszedł. Jest też pewne, że kiedyś ja nie będę mógł sprawdzić ciepła twojej skóry. Z kolei rzecz dość niepewna: który moment nadejdzie pierwszy. Czy ten, że twoja skóra przestanie być ciepła, czy to, że ja nie będę mógł jej sprawdzić. 

Chociaż, statystycznie, mężczyźni przestają być ciepli wcześniej. Tak więc bardziej możliwe, że nigdy nie poczuję twojej zimnej skóry. Więc spoko, nie ma co się martwić i ciągle sprawdzać. A nawet, podczas sprawdzania, się przejmować, że może temperatura spada. Skoro sprawdzam, cz nawet tylko mam ochotę sprawdzić, oznacza to, że wszystko jest w porządku. Nie rozczaruję się, ani nie pomyślę, co zrobić, gdy człowiek, blisko, stygnie.

Zadziwiająca elastyczność skóry, w której płynie krew. Znaczy to, że odbywają się te wszystkie procesy, które mają się odbywać, w dodatku w odpowiedniej kolejności, nasileniu, no tak, jak zwykle. Jak zwykle… Ja wiem, że skóra po czterdziestu latach nie jest taka, jak po dwudziestu, ale to szczegół. To nie to, co plamy opadowe. Sprawdziłbym jeszcze teraz twoją skórę, ale już śpisz. Najlżejszy dotyk cię obudzi, wiem. Ucieszyłbym się z ciepła twojej skóry, z dotyku, z tego, że na chwilę otworzyłabyś oczy, i mruknęła z lekkim wzburzeniem: co się dzieje? Trudno, odmówię sobie tej radości.

Właśnie! Muzeum we Lwowie, dwadzieścia jeden lat temu. Muzeum archeologiczne, czy jakieś podobne. W jednej z gablot, długich, szklanych, ustawionych na posadzce, dwa szkielety. Blisko siebie. Coś tam było pomieszane czy przekręcone… Wiem! Jeden z nich, ten większy, przełożył rękę pod szyją, pod kręgosłupem drugiego i zawinął z drugiej strony. Myślałem długo, że ktoś, grabarz, tę rękę przełożył. Czy może oni tak, razem? Czy to możliwe? Znów niepewna rzecz, niewyjaśniona. Mimo, że obojgu zdarzyło się ostatecznie to, co akurat jest pewne. Ale pomyśleć, że mogliby stygnąć razem, to wtedy żadne z nich nie zauważyłoby stygnięcia! I to jest jakieś wyjście, tyle, że nieprawdopodobne, albo bezpodstawne, albo niemoralne, niestety.

piątek, 23 czerwca 2017

Gdybym umiał usiąść do klawiatury tej alfanumerycznej, tak jak udaje mi się do tej z białymi i czarnymi klawiszami. Kilka ruchów palców i już powstaje historia, w dźwiękach. Nie trzeba wiele, naprawdę, liczy się następstwo paru zaledwie nut, a najbardziej sposób, w jaki zostaną, zostały, są, zagrane. Ale nie umiem, na klawiaturze komputera, poprzez słowa, zrobić tego, co na pianinie.

Cisza teraz taka, że szumi jedynie w uszach. I tyka zegar. Gdzie tyka? W kuchni, jeden. U dzieci w pokoju, drugi. Przedpokój, z wnęką, gdzie teraz stoi biurko i komputer, jest w połowie drogi.

Jaki jest sens pisać, poruszać sprawy ważne. Skoro od pewnego momentu życia wszyscy, którzy ów moment przeżyli, wiedzą mniej więcej to samo, wiedzą, albo przynajmniej czują, przeczuwają, co jest ważne. Dyskusje na ten temat stają się wtedy jałowe, niepotrzebne.

No tak, ale popadam w rozważania, ba, nie tyle rozważania, co zwroty kategoryczne i niby-oczywiste, na temat tego, co jest potrzebne, co nie jest, co się powinno, co nie powinno. To popadanie jest wręcz, nawet, żałosne. Jakie prawo może sobie ktoś rościć do kategoryczności, która nawet jeśli jest słuszna, zraża, bo jest kategoryczna?

Równie oddechy śpiącej rodziny to potwierdzają. Wśród tych oddechów jest gdzieś, tam, niesłyszalny, dla mnie niesłyszalny oczywiście, oddech kota, który towarzyszy nam od niespełna tygodnia. Małe, drobne, zachwianie, przetransformowanie rzeczywistości. Smartfony pozostały na półkach, kot dystansuje je bezapelacyjnie. Na jak długo? Kot czarodziej, nie w butach, taki zwykły-niezwykły, mały, kocica przecież, no wszystko jedno.

Małe, drobne zmiany, które powodują wielkie transformacje. To dość ostatnia definicja chaosu, podbijająca świat. Wprowadzenie kota do rodziny doprowadzi… do czego? Czekam na Efekt Motyla.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Umięśniony mięśniak zaczął mnie obserwować na Instagramie. Nie wiedziałem, że jest umięśniony, dopóki nie wszedłem na jego profil. Na każdym zdjęciu – on, co najmniej bez koszulki, żeby było widać bicepsy i rzeźbiony brzuch. Są też filmiki – o tym, jak np. chodzi poziomo, w powietrzu, trzymając się rękami cienkiej rurki. Szacun! Wyświetlone prawie trzy tysiące razy!

Co więc spodobało mu się w moich zdjęciach? Nie ma na nich nikogo umięśnionego, to głównie ludzie na ulicy, babcie, dziadkowie, ale też w średnim wieku kobiety, mężczyźni, nie unikam nastoletnich dziewczyn. Zwykle są zagubieni, zamyśleni spieszący gdzieś, albo nigdzie się nie spieszący, no wiecie, jak na ulicy. Ale nie widać bicepsów ani umięśnionych brzuchów, bo po ulicy nie chodzą ludzie bez koszulek. Co przyciągnęło mięśniaka do moich zdjęć? On zajmuje się fitnesem i układaniem diet, ale może wewnątrz tęskni do zwykłych, codziennych postaci? Fascynują go ludzie w tramwajach, autobusach, na przystankach, przy wystawach sklepów, na chodnikach? Czarno-białe zdjęcia. Mięśniak ma na profilu ponad jedenaście tysięcy obserwujących, sam zaś obserwuje zaledwie ośmiuset. Czyżbym był w tej niewielkiej grupie jego wybrańców? Czym zasłużyłem?

Tym bardziej dziwne, że mnie nie nachodzi wcale ochota obserwować mięśniaka. Taka to różnica w zainteresowaniach. Co prawda przez chwilę rozważałem, czy w ramach wdzięczności nie kliknąć jego przycisku „obserwuj”, ale jakoś nie mogę się przełamać. Wiem, że to nie do końca fair, bo wśród ludzi powinna działać zasada wzajemności. Myślałem, że może napiszę do niego i podziękuję za obserwowanie moich zdjęć, może przeproszę, że nie odwzajemniam. Nosiłem się z tym zamiarem dwa dni, zanim się wreszcie zdecydowałem. Kiedy otworzyłem zakładkę „obserwujący” i przewinąłem w dół okazało się, że nie mogę umięśnionego znaleźć. Może zapomniałem jego nick, albo coś dziwnego się stało. Szukam, szukam, i nie ma. Nie podziękuję więc. Szkoda…

Tąpnięcia. W pewnym domu zdarzają się co jakiś czas. Choć ta rodzina broni się przed nimi, a jednak prędzej czy później staje się jasne, że tąpnięcie jest nieuniknione. Tąpnięcie jest prowokowane i realizowane przez tzw. głowę rodziny. Szyja też prowokuje tąpnięcia, ale nie ma takiej ekspresji jak głowa, efekt jest słabszy. Wszyscy przeczuwają zbliżające się tąpnięcie, a jednak nikt nie jest w stanie podjąć kroków, by go uniknąć. Bo gdyby dzieci zabrały się do pracy, a rodzice dali radę bez emocji wyegzekwować konsekwencje, tąpnięcie byłoby niepotrzebne. Niestety, rodzicom szkoda i żal, dzieciom ciągle jest mało, wskutek czego tąpnięcie staje się jedynym wyjściem z impasu, przełamaniem zamkniętego kręgu, daje nadzieję na wolność. Do następnego tąpnięcia.

Zaczęło się od tego, że ojciec zarekwirował wszystkie komiksy. Dość bezmyślnego przebiegania wzrokiem przez dymki. Potem skonfiskował najlepsze, zabawne książeczki, czytane po dziesięć razy, jakby należały do biblii. Opustoszały z książek niektóre półki; dobry impuls, by zapełnić je czymś świeżym.

Tąpnęło też i z innego powodu. Oto w kącie pokoju dziecięcego śpi po raz pierwszy mały, młody kotek. Efekt dyskusji trwających od miesięcy, które znalazły swoją eskalację i emocjonujący finał właśnie dziś. Tak, do tego domu trafił kot, w wyniku składanych ze łzami i solennie przysiąg, że będzie się miał kto nim zajmować. Przysiąg nie składali rodzice. Kiedy się to stało, matka zaniemówiła, ojciec poszedł grać na pianinie, córka czerwieniała z radości i syn powtarzał, że jest oszołomiony i nie czuje nic.

Tak nastał wieczór, dzień niedzielny. Oczekujemy poniedziałku.

czwartek, 08 czerwca 2017

Walka z komputerem, no kto ją doceni? Tak naprawdę: walka o komputer. Żeby działał. Z pięciu dysków, które są w środku, zniknęły dwa. Są, są w komputerze, ale on przestał je widzieć. Walka, niech zobaczy, bo te dyski są ważne, potrzebne, już na nich zapisano niezbędne dane, programy, pliki, zdjęcia, filmy, teksty. Niech zobaczy!

Albo ten dysk do kopii zapasowych. Każdy komputerowiec, każdy przy w miarę zdrowych zmysłach, każdy z odrobiną doświadczenia, już na pewno każdy, któremu kiedyś się zepsuł dysk, każdy z tych ludzi nie będzie spał spokojnie, jeśli przestanie działać dysk do kopii zapasowych. A mnie przestał. Konkretnie – działa, ale nie mogę się z nim skomunikować. Czyli? Dysk ma interfejs ethernet i podczas kopiowania danych przestał odpowiadać. Reset dysku, reset komputera, ale nic z tego. Może adres IP wyskoczył i trzeba spróbować DHCP? To wymyśliłem dopiero w busie, w drodze do domu. Spróbować mogę dopiero jutro, więc dziś spokojnie nie usnę. Bo jestem przy w miarę zdrowych zmysłach, z odrobiną doświadczenia, i mnie kiedyś też zepsuł się dysk. 

Ale ja nie mam naprawiać dysków, nie tego się ode mnie oczekuje. Mam produkować konkret, tu: montaże wideo. Mają być wyniki, czyli filmiki. Co kogoś obchodzi IP i DHCP? Nie obchodzi, nawet nie kiwnie z empatii głową, nawet bezczelnie powie: poradzisz sobie, choć sam nie ma pojęcia, o jaką radę, jakie poradzenie chodzi, bo nie jest w stanie wymyślić lepszego pocieszenia, bo to nie jest pocieszenie tylko zlewka. 

Może jutro rano przyjedzie jakiś nowy pomysł…

-----

następnego dnia w pracy

Jest! Dysk zapasowy jest dostępny! Dziękuję! (nie wiem komu, Panu B. nie śmiem dziękować, w końcu to tylko taka sobie ziemska sprawa...)

niedziela, 04 czerwca 2017

Obudził się przed szóstą, sam, w sypialni. Było już całkiem jasno. Ptaki świergotały nawet cicho, nie tak, jak podczas świtu. Muszę iść do ubikacji, pomyślał. Wtedy przypomniał sobie, że w pokoju śpi dwójka jego dzieci, i że poprzedniego dnia, wieczorem, chłopaka bardzo rozbolała głowa. Zmartwiał. A jeśli było to coś poważnego i teraz chłopak nie oddycha? Ciekawe, że kiedy była w domu kobieta, matka chłopaka i dziewczyny, śpiących w drugim pokoju, podobne myśli nie przychodziły mu do głowy. A teraz wariant z zimnym chłopakiem uporczywie nie odpuszczał. Zmartwiał jeszcze bardziej. Zaczął zbierać się z łóżka, potem kilka kroków przez pokój, do przedpokoju i ubikacji. Jeśli chłopak jest już siny, co zrobić? Pokazać go jego siostrze, czy tak powinno się? Czy nie będzie to zbyt straszne, okrutne? A może zadzwonić od razu po pogotowie i nie pozwolić, żeby ktokolwiek inny go zobaczył? Lecz przecież śmierć nie jest czymś przeraźliwym, o ile sami nie wyprodukujemy tej przeraźliwości. Każdy prędzej czy później spotka się ze śmiercią, więc jeśli już jest okazja zobaczyć trupa, doświadczyć tego spotkania… Tak, to boli, ale jest więcej bólów, które po prostu są i będą.

Co za głupie rozważania, pomyślał, przecież jeśli chłopakowi coś się stało, mnie pierwszego szlag trafi. Jeśli nie trafi, to zwariuję, ale zanim zwariuję, to coś będzie okrutnie bolało, tu w piersi i trochę niżej, nad brzuchem. Potem, żeby z bólu nie zwariować, zwariuję na znieczulenie. Będę sobie śpiewał o ptaszkach (śpiewają zresztą za oknem), ale nie przestanę, gdy minie wiosna, przejdzie lato, będę śpiewał na jesieni, gdy w ogrodach już martwa cisza. Martwa!

Nie poszedł do kibla. Z pełnym pęcherzem, bolącym podbrzuszem (ból istnienia?) podszedł do pokoju dzieci. Chrapanie syna, takie rzężenie, przeciągłe, całkiem zdrowe, takie jak zawsze. Więc córka. Co z nią? Trochę czasu zajęło mu zauważyć, że spokojnie, ledwo dostrzegalnie, porusza się przy oddechu.

sobota, 03 czerwca 2017

Zagraliśmy koncert. Teraz można już usiąść i się zamyślić. Choć nie bardzo, bo jak usiąść i zamyślić, to oczy się zamykają, ze zmęczenia, chyba. Uczucie spełnienia? Tak się mówi. Szczęśliwie nie żyjemy z grania koncertów, nieczęsto gramy, więc jak już zagramy, to jest przeżycie.

A jednak dręczy myśl, żeby zostawić granie. Jest bardzo zaborcze. Granie wymaga, samego siebie. Nie pomaga marzenie o graniu, planowanie grania, ćwiczenie w wyobraźni – może trochę pomóc, ale pod warunkiem, że jednak gra się w rzeczywistości. Z kolei granie naprawdę liczy się wtedy, gdy gra się przynajmniej godzinę. Godzinę w jednym ciągu, nie chodzi o godzinę dziennie. Taką jedną godzinę dziennie trudno nazwać ćwiczeniem, to ciągle zabawa.

Niestety, podczas grania zwykle okazuje się, że nie idzie tak dobrze, jak się wcześniej wydawało. Nieszczęściem, z czasem słyszy się więcej niedoskonałości i więcej należałoby poprawić. A to oznacza, że granie jest drogą bez końca. Cel ucieka w czasie i przestrzeni.

– Tato, czy pamiętasz, że na naszej ulicy był kiedyś bruk?
– Chyba nie za moich czasów.

Remont przeszłości

Trzydzieści pięć lat temu dreptałem tędy codziennie, do szkoły. Nie żebym się chwalił, bo niby jestem taki dojrzały. I mogę już narzekać na teraźniejszość wspominając przeszłość. Po prostu było przedwiośnie, roztopy. Wzdłuż krawężnika, tego którego już nie ma, ale nie tego krawężnika, który był ostatnio. Chodzi o krawężnik jeszcze starszy, z czasów socjalizmu, który był inny niż potem, gdy go wymieniono. Wzdłuż tamtego spękanego, poszarpanego krawężnika płynęła Amazonka. A może raczej Nil, bo struga nie rozgałęziała się. Nie miała gdzie.

Ta ostatnia prosta na mojej ulicy, prowadząca do domu, była najtrudniejsza do przejścia. Trudno było ją znieść, wtedy nie wiedziałem dlaczego. Była nudna, przechodziłem nią sam, bo kolegów zostawiałem przy ostatnim skrzyżowaniu. By przemierzyć odcinek może dwustu metrów wyobrażałem sobie, że lecę statkiem kosmicznym w przestrzeni międzyplanetarnej. Może nawet międzyukładowej. Zanim dotrę do bazy muszę starannie trzymać kurs i rozglądać się za niebezpieczeństwami.

Niebezpieczeństwa były. Na tej trasie krążyła starsza kobieta niespełna rozumu. Nazywaliśmy ją Buka, od postaci z Muminków. Potrafiła krzyczeć strasznym głosem, w którym nie dało się rozpoznać słów. Raz spotkałem ją właśnie w tym miejscu, szedłem wprost na nią, po chodniku, nie mogąc zboczyć, przejść na drugą stronę ulicy, zawrócić… Mogłem tylko iść jej na spotkanie, gdy serce waliło mi coraz mocniej. Zwykle trzymała ręce złożone z tyłu, gdy szła, i gdy w końcu się mijaliśmy, machnęła na odlew ręką i dostałem przez głowę. Popatrzyłem za siebie, a ona szła dalej swoim kaczkowatym chodem.

W tej pustce przypominały mi się czasem opowieści ojca o wściekłych zwierzętach. Myślałem sobie, co się stanie, jeśli spotkam takiego właśnie tutaj. Na przykład pies – nie będzie ode mnie uciekał, podejdzie do mnie i ugryzie mnie w nogę, bo zwierzęta chore na wściekliznę tylko czekają, żeby ugryźć inne żywe stworzenie.

Że bruk był, dowiedziałem się niedawno, kiedy zerwano krawężnik i chodnik. Wzdłuż wyrwy, pod popękanym asfaltem, ukazały się duże, szerokie kamienie.

wtorek, 30 maja 2017

Gram 3 czerwca 2017 roku wraz z Pawłem Kupskim, który głównie śpiewa. Głównie, bo czasem gra też na gitarze. ArtCafe Barakah, Kraków, ul. Paulińska 28, godz. 19.00. Bilety 10 zł dostępne przed koncertem.

Drobne, nie tak liczne chwile wolności, gdy spod palców wychodzi coś, co zaskakuje mnie samego. Jak często można zaskakiwać samego siebie? Zwłaszcza, że przygotowanie godzinnego koncertu to dziesiątki i setki godzin ćwiczeń? Czy potem można jeszcze zaskoczyć samego siebie? Fatalne jest nudzić się przy własnym graniu. Złowieszcze. Granie to więc ciągła tęsknota do chwil, kiedy zaskakuje się samego siebie. To gonienie i zjadanie własnego ogona, którego czasem uda się dopaść, ale przeważnie – ucieka.

Więcej o koncercie Paweł Kupski Piotr Kubic

środa, 10 maja 2017

Poszedłem do fryzjerki. Tej, którą znałem trzydzieści lat. Ona jakoś zawsze miała czas. Nigdy nie rezerwowałem wizyty. Zanim doszedłem do drzwi jej salonu (przez całe życie mówiłem: zakładu fryzjerskiego) usłyszałem, że jej nie ma. I najprawdopodobniej nie będzie. I że mógłbym ją jeszcze zastać, zobaczyć, w szpitalu. Jeśli się pospieszę…

Młodsi mówią, że sama jest sobie winna. Lokomotywa. Starsi raczej milczą. No bo co powiedzieć…

————

Kobieta w średnim wieku wyszła ze szpitala. Zaczęła się zastanawiać, czy w miasteczku ktoś zauważył, że na ulicach nie było jej przez trzy tygodnie. I że teraz znów jest. Dziwna nadzieja, a kto miałby zauważyć i dlaczego. Na ulicy w miejscu jednego człowieka pojawia się inny, a nawet jak jest pusto, to i tak nie wygląda dziwnie. Czasem nawet, gdy idzie człowiek, to nie jest takie pewne, bo może i nikt go nie zauważy. Nie powie dzień dobry, co by znaczyło, że jednak istnieje, jeden i drugi, bo skoro ten mówi a tamten odpowiada, albo tylko słyszy i kiwnie głową… No nie wiesz, najzwyklej nie wiesz, jeśli ze szpitala kiedyś nie wyjdziesz, to czy ktoś w miasteczku sobie przypomni. Może jak zobaczy klepsydrę. Jak popatrzy. Bo niektórzy na klepsydry nie patrzą.

środa, 03 maja 2017

Syn Antka ma dziewięć lat. Matka nauczyła go czytać, najpierw przez to, że sama czytała mu na dobranoc, a potem dawała synowi książeczki. Teraz synek czyta sam, zaczytuje się komiksami, a już najbardziej w serii noszącej tytuł „Dziennik cwaniaczka”. Syn Antka czyta nawet podczas rodzinnego obiadu, a próby oderwania od niego książki kończą się awanturą.

półka z książkami

Wczoraj Antek nie wytrzymał. Był niedzielny wieczór, kiedy jego syn przypomniał sobie o lekturze „Szewczyka dratewki”. W dodatku nie okazał żadnej skruchy, a nawet czuł się usprawiedliwiony, ponieważ w domu i tak nie ma „Szewczyka...”. Przecież w niedzielę biblioteka jest zamknięta, a było za późno, by dzwonić do kolegów. Antek zagryzł zęby widząc, jak jego syn, z bezwzględnym spokojem, sięgał znów po cwaniaczka. Antek dopadł komputera i przeszukując internet znalazł dwie wersje lektury, dwóch różnych autorów.

– Masz, teraz przeczytasz dwa razy więcej – burknął ojciec i podsunął je pod nos chłopakowi. Nie poszło łatwo, ale po pierwszej fali pretensji synek zabrał się do czytania.

Nie minęło pół godziny, jak ojciec zobaczył, że lektura leży odłogiem, a cwaniaczek zniknął z półki. Przemierzając mieszkanie dotarł do ubikacji, w której paliło się światło, zaś drzwi nie można było otworzyć.
– Co z lekturą? – zapytał ojciec.
– Przeczytałem – odpowiedział głuchy głos.
Antek znieruchomiał.
– Wychodź.
– Chwila.

Po chwili stało się jasne, że syn naprawdę przeczytał „Szewczyka…”, nawet obie wersje, nawet ze zrozumieniem. Antek zamyślił się.
– Przynieś mi wszystkie odcinki cwaniaczka – powiedział – mam coś dla ciebie.
– Co??
– Książki, które kupiła ci mama.
– Jakie??
– A takie.

Antek wyciągnął dwa tomiki: „Kim byli bracia Wright” oraz „Maria Skłodowska-Curie”. Chłopak jęknął.
– Konfiskuję cwaniaczka do czasu, aż przeczytasz te dwie.
– Ale dlaczego?!
– Żebyś sobie zrobił przerwę. I żadnych innych książek. Jak dla ciebie to po trzech dniach będziesz je mieć za sobą.
– A chociaż mogę „Magiczne drzewo”?
– Drzewo też nie. Nie ma dyskusji.
Chłopak powlókł się do swojego pokoju. Po godzinie Antek zerknął przez drzwi i widział, że chłopak czyta.

Następnego dnia, po powrocie z pracy Antek zobaczył pytający wzrok dzieciaka:
– Mogę cwaniaczka?
– A co z tamtymi książkami?
– Przeczytałem.
– Nie wierzę.
– Naprawdę.

Kilka szybkich pytań nie pozostawiło wątpliwości, chłopak przeczytał i nawet wiedział, co czytał. Słowo się rzekło, cwaniaczka trzeba było zwrócić. Niosąc książki do pokoju syna Antek szedł na sztywnych nogach. Potem, kiedy usiadł w kuchni, miał wrażenie, że dzieje się coś dziwnego. Obie książki miały po sto stron. Prawda, że dużą czcionką, było też trochę obrazków, ale bez przesady. Antek obliczał szybko, kiedy chłopak wrócił ze szkoły, minus czas na obiad, do teraz, to tylko kilka godzin. Czyli średnie tempo czytania… To było przerażające. „Co robić, co dalej?” Antek myślał gorączkowo. Jednego był pewien, na cwaniaczku jego syn nie może skończyć…

piątek, 21 kwietnia 2017

KFK

napisałeś: druga klasa w liceum, wrzesień, boisko szkolne, maleńka trybuna, schodki, i my tam. Z przodu, po drugiej stronie boiska, szpaler drzew, przygotowujących się do jesieni.

Muszę powiedzieć: odkryłem. Sposób, by objąć tamte chwile, i wszystkie inne, jak również kwazary, kwarki, historię starożytną i średniowiecza, sposób na gotowanie jajka na miękko oraz wychowania dzieci, którego jeszcze nie znam. Wszytko to potrafię objąć, gdy siedzę przy pianinie i naciskam na klawisze.

Tamtych drzew już nie ma, ale u mnie są. Gdy gram, siedzimy razem, i nawet czuję zapach licealnego korytarza, który zostawiliśmy za plecami. Pamiętam każde podanie, które zagraliśmy na boisku, i tę kałużę, która schła tylko podczas upałów, na asfalcie, przy południowej bramce.

Możliwe, że odkryłem sens życia, skoro w graniu potrafię zawrzeć to wszystko. Ale boję się grać, boję się zacząć, bo wiem, że trzeba będzie przestać. Tego momentu się boję, gdy milkną klawisze, pozostaje niedokończenie, niedopowiedzenie, znak zapytania. Znieść go można tylko bagatelizując, machnąwszy ręką, lecz  machnąć, to przekreślić to, co przed chwilą się grało. Tak więc lepiej nie grać, nie zaczynać. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106