Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.
czwartek, 01 grudnia 2016

Agregat milczy po drugiej stronie ulicy. Nic nie szumi, nie buczy za oknem, jest bardzo cicho. Pewnie też dlatego, że spadł śnieg. Śnieg wycisza, tak powiedział kiedyś tata. Albo raczej mama, bo z tatą nie rozmawiał tak często. Albo jednak tata, bo kiedy już coś powiedział, to brzmiało właśnie tak zdecydowanie, definitywnie. Chociaż mama, w sumie, też miewała ostateczne zdanie, tylko że ono, na pozór, brzmiało tak, jakby można było z nim dyskutować.

No nieważne, zdaje się, że oboje rodzice mieli rację, gdy wtedy on, mały chłopczyk, spytał wieczorem, dlaczego zrobiło się tak cicho. W tamtych czasach nie było agregatu… Chociaż… Może jednak był? Po drugiej stronie ulicy, na pustej przestrzeni, na kawałku pola, ziemi, wybudowano pawilon spożywczy „Społem”. Czy i wtedy coś tam, wieczorami, nie terkotało, nie burczało?

Od dziecka usypiał z towarzyszącym hałasem. Silniejszym w lecie, bo głośniejszym, przy otwartych oknach. Chociaż… tamte okna były na tyle krzywe, że i w zimie niewiele tłumiły dźwięków. Nie to co te teraz, plastikowe. Ten agregat teraz jest na tyle głośny, że i przez plastikowe okna przedostaje się jego łoskot. Ciekawe, przypomina odgłos samolotu, gdy się leci przy prędkości przelotowej. Albo samochodu na autostradzie, gdy szum powietrza wokół karoserii miesza się z pomrukiem silnika, na średnich obrotach, przy prędkości sto czterdzieści na godzinę.

Ale dziś jest cicho. Może z powodu lekkiego mrozu? Agregat chłodniczy nie musi chłodzić, skoro już jest chłodno na zewnątrz. Nie wiadomo…

Druga strona ulicy to jak sąsiednia galaktyka. Tak było zwłaszcza wtedy, gdy był mały i nie wolno mu było samemu przechodzić przez ulicę. Nawet zbliżać się do niej. A teraz, gdy jest starym koniem i może iść tam kiedy tylko chce, to tego nie robi. Specjalnie. Kładąc się do łóżka tuż po północy nawet nie odchyla zasłony w oknie, żeby tam spojrzeć. Przeciwnie, wyobraża sobie, że ten lekki jazgot naprawdę dobiega z innej galaktyki, rozpływa się w przestrzeni jak pozostałości Wielkiego Wybuchu, promieniowanie reliktowe. A on, usypiając, czuje się spokojnie, częścią Kosmosu, Wszechświata, w którym czas przestaje się liczyć. I nawet gdyby miał nie obudzić się rano (dlatego teraz pisze, żeby zostawić po sobie ślad, w razie czego), to nie miałby żalu (gdyby mógł wtedy czuć żal), bo gdy czas przestaje się liczyć, to „teraz” jest, było i będzie zawsze.

Wsłuchując się w chłodniczy agregat, może spokojnie zasnąć.

dworzec przez szybę autobusu

czwartek, 24 listopada 2016

Najlepsze teleskopy sięgają tak daleko w kosmos, że obserwują obiekty sprzed miliardów lat. Wiek naszego Wszechświata ocenia się na niecałe czternaście miliardów – przeczytał gdzieś Leszek. Leszek nie pamięta, gdzie przeczytał o tym, ale ta cyfra zapadła mu w pamięć. Gdyby rozdzielać ją na poszczególne miliardy, to nie wydaje się tak dużo. Czternaście. Ale każdy miliard to przecież tysiąc milionów.

Liczbę „tysiąc” Leszek mógł sobie wyobrazić o tyle, że pamiętał, że chrzest Polski odbył się jakiś tysiąc lat temu. W każdym razie wydarzenie to wydawało mu się bliższe i bardziej realne, niż na przykład narodzenie Jezusa, dwa tysiące lat temu. Ale gdyby nawet pomnożyć tysiąc razy tysiąc, to mamy dopiero milion – tak sobie myślał Leszek – a gdzie tam jeszcze do miliarda.

Tak więc liczba czternaście miliardów, zapisywana krótko i zgrabnie „14 mld”, ładnie wyglądała na papierze, albo na ekranie monitora, ale nie znaczyła wiele dla Leszka. Zresztą, czy żył kiedykolwiek jakiś człowiek, który mógłby ogarnąć wyobraźnią czternaście miliardów?

W międzyczasie Leszek dowiedział się, że nie poznano planety, która miałaby warunki zbliżone do ziemskich. Na tyle zbliżone, żeby choć istniała na nich woda. A bez wody, jak twierdzą naukowcy, nie ma co oczekiwać życia, czyli choćby pół zielonego listka, nie mówiąc o jakimś komarze,  jaszczurce, tym bardziej psie, najlepszym przyjacielu człowieka. W ogóle kosmos wypełniony jest przeraźliwie zimną pustką, w której umieszczono ziejące ogniem i zabójczym promieniowaniem potwory. Czyli gwiazdy. Te, które oglądane z Ziemi migocą, wyglądają ja drobny, delikatny piaseczek, rozpylony w przestrzeni.

Leszek słyszał, że w jednej galaktyce mogą być miliardy gwiazd. A takich galaktyk są miliardy. Miliard pomnożony przez miliard – takiej liczby Leszek nawet nie umiał nazwać. Zresztą jakie to miało znaczenie. Leszek widział na filmie, że takie liczby zapisuje się matematycznie tak, że mieszczą się na bilecie tramwajowym. Krótko i elegancko.

A gdyby wziąć jedną gwiazdę, choćby tę najbliższą planety, na której urodził się Leszek. Setki takich planet utopiłoby się w dość przeciętnej gwieździe, jaką jest Słońce. Cóż dopiero sam Leszek mógłby począć w obliczu gwiazdy, skoro sam jest niedostrzegalną drobiną na powierzchni planety, na której spędzi całe życie.

Zresztą ta planeta to nic pewnego, jak dowiedział się Leszek. Życie Leszka zależy od tak wielu czynników, parametrów, że zaczęło mu się wydawać niemożliwe to, że jeszcze żyje.

poniedziałek, 21 listopada 2016

bukiet w umywalce

Napisałem opowiadanie, ale umieściłem ja na dwóch oficjalnych blogach:

Niezwykły dzień w przedsiębiorstwie – na: Patrz!

Niezwykły dzień w przedsiębiorstwie – na: Patrzeć po prostu próbuję

Przepraszam, że nie załączam go tutaj. Tekst był pisany od razu z myślą o publikacji. Decyzja o jego napisaniu powstawała dwa tygodnie, w końcu jest…

czwartek, 03 listopada 2016

Zasada jest prosta, żeby odreagować po całym dniu: nocą, po powrocie z pracy, siadasz do pianina i grasz – od razu, bez zastanawiania się, planowania, kalkulowania – to, co przejdzie przez palce. 

 

poniedziałek, 31 października 2016

Siada przed kartką papieru. Jest pusta, biała, dziewicza.
– Dawno się nie widzieliśmy – mówi pokornym tonem.
Kartka milczy.
– Tak, wiem, że to moja wina. Miałem cię zapisywać regularnie, nawet jeśli nie codziennie, to na pewno częściej, niż raz w tygodniu. A ostatnio... Kiedy to było ostatnio…?

Kartka milczy. Tak, jak potrafią milczeć „one”, a kartka to właśnie „ona”. Dlatego nie jest zdziwiony. Wie, co teraz powinien robić – domyślać się, co ona myśli i czuje. W zasadzie to ma chęć ją zapisać, już z boku leży gotowe pióro, z nowym nabojem atramentu. Ale zanim skrobnie po białej powierzchni chciałby wiedzieć, że kartka zaakceptuje tekst, pisany jego ręką właśnie teraz. Nie mógłby pisać, jeśliby choć przypuszczał, że ona nie chce być zapisywana. Nie byłby w stanie zgwałcić.

Teraz milczą oboje. On wyobraża sobie, że ona jest zawiedziona, i że jej zawód musi po prostu minąć. Mógłby ją jakoś przekonać, ale z biegiem lat czuje, że wszystkie metody, sposoby, które miał w zanadrzu, wyczerpały się. Nie umie jej już niczym zaskoczyć, zresztą zaskakiwał ją wiele razy i przyzwyczaiła się do tego, a nawet zbrzydło jej bycie zaskakiwaną. Teraz on wie, że kiedy ona tylko przeczuwa, że będzie zaskoczona, już cierpnie jej skóra i już odwraca głowę, nawet chciałaby uciekać, albo przynajmniej być sama. Ale nie zrobi tego, bo nie chce mu sprawiać aż takiej przykrości. I on też nie chce jej sprawiać przykrości, więc przestał ją zaskakiwać. Milczące porozumienie, po latach.

Nie sprawianie komuś przykrości – to klatka, to więzienie, do jakiego ludzie sami się pakują. Ach, żeby można komuś sprawić przykrość, wtedy, kiedy ma się przemożną ochotę. Żeby ten ktoś wiedział, że ja, ty, on, ona, właśnie teraz chcemy przypalić jak rozpalonym żelazem, tak zmieszać z błotem, tak wyrzucić tę kupę, którą mamy w sobie, i żeby wystarczyło mrugnięcie okiem, by się porozumieć, na minutę, na pięć minut: „pozwól, zrób to dla mnie”.

Kartka leży, lecz teraz – jakoś inaczej. Coś się zmieniło, co innego wisi w powietrzu. Wybaczyła? On bierze pióro. Przykłada do jasnej powierzchni, stawia pierwszą kreskę. Nie czuje jej oporu, nie jest jak skamieniała, drętwa, nie wzdraga się, nie protestuje. Co najważniejsze – nie jest nieruchoma, drętwa, sparaliżowana. On zaczyna pisać, kreśli kolejne litery, wyrazy, patrzy, jak papier poddaje się kolejnym pociągnięciom. Już wie, że będzie dobrze, tego wieczora.

poniedziałek, 24 października 2016

Dziś krótki tekst i filmik. To dla odreagowania po historii Natalii Przybysz, włącznie z komentarzami internautów.

Dziś mój syn zapytał mnie, czy może mi coś pokazać. Domyślałem się, o co chodzi, ponieważ osiemdziesiąt procent filmików, które ogląda, pochodzą z boisk piłkarskich.

„Ostatnia deska ratunku” – tak się o nim mówi, o bramkarzu. Stoi na z góry przegranej pozycji. Aby sobie to uświadomić podajmy wymiary bramki – 7,32 x 2,44 metra. Popatrzcie na to zdjęcie:

 

parada bramkarza, źródło: http://blogiceo.nq.pl/zmajkanabierzaco/files/2013/11/thumb.jpg

Bramkarz stoi na tle czegoś, co swoimi wymiarami przypomina stodołę. Jego zadaniem jest nie dopuścić, by piłka przeszła przez wielkie okno o rozmiarach 7,32 na 2,44 metra. Powiedzmy otwarcie – bramkarz wobec napastników, lub tylko jednego napastnika, ma znikome szanse. Jeśli zabraknie obrońców, jeśli są nieśmiali, leniwi, bez refleksu, zdezorientowani lub po prostu zbyt powolni – bramkarz może liczyć tylko na szczęście oraz własną intuicję, która objawi się (albo nie) w dramatycznym momencie.

To jego koledzy–napastnicy zbierają całą chwałę drużyny. Ich szarże, kontrataki, błyskotliwe dryblingi, niewiarygodne sztuczki wyprowadzające w pole obronę, prowadzące do zdobycia gola, są przedmiotem zachwytów, pożądania, zazdrości, chwały. Bramkarz prawie nigdy nie atakuje, nie ma nawet jak. On chroni drużynę przed wstydem. On broni, gdy wszystkie inne środki zawiodły. Jego parady są zawsze ostatnim skokiem rozpaczy. Jest ustawiony w miejscu, w którym czeka go tylko rozstrzelanie.

Dlatego zobaczcie poniższy skrót – wybór tych nielicznych momentów, w których bramkarz triumfuje, choć niczego nie zdobywa. Patrząc na te ujęcia przypuszczać można, że te podwójne, potrójne, a nawet poczwórne obrony spełniają się poprzez niewyjaśniony, nie do opisania czy prześledzenia szósty zmysł, głos wewnętrzny, przeczucie, czytanie w myślach napastników. Są takie chwile, w których bramkarz po prostu wie, gdzie mu kopną piłkę. Wie – to mało powiedziane, nawet trudno znaleźć odpowiednie słowo. Poprzez nadludzki wysiłek, potworną wolę walki (tu: obrony), poświęcenie, zaparcie siebie, zjednoczenie ducha i ciała, sprawia coś, co jest nieprawdopodobne, niemożliwe. Ułamki sekund wiktorii.

sobota, 24 września 2016

Zobaczył ją w tramwaju. Nie tylko ją, oczywiście, ale ona zwróciła jego uwagę. Czarne, nieprzezroczyste rajstopy na szczupłych, bardzo szczupłych nogach. I jasny, lekko kremowy płaszczyk, związany lekko w pasie i otwierający się u dołu. No i włosy, przycięte jak u bohaterki serialu „Dempsey i Makepeace na tropie". Całkiem podobnie przycięte. W wąskim przejściu postawiła niewielką walizkę na kółkach.

Kiedy wyskoczył z tramwaju, od razu przebiegł przez ulicę. Tam, gdzie nie wolno. Rozejrzał się wcześniej, sprawdzając, po pierwsze, czy nie ma w pobliżu policji, a po drugie, czy coś go nie rozjedzie, tramwaj, samochód lub autobus. I rowerzyści, którzy bez świateł jeżdżą bez żenady, mimo mroku.

Skrótem, pędził na dworzec. Otworzyła się przed nim przestrzeń dworcowego placu, gdy ze zdziwieniem zobaczył przed sobą lekko kremowy płaszczyk lekko otwierający się ku dołowi, szczupłe nogi i usłyszał terkot walizki na kółkach, ciągniętej szybko po granitowych płytach. Jakim sposobem go wyprzedziła, nie widział. Szła męskim krokiem, cała jej postać, od głowy, przez ramiona i tułów, unosiła się i opadała sztywno. Lekko pochylona do przodu, nie przystawała do gracji płaszczyka, czarnych nieprzezroczystych rajstop i włosów przyciętych tuż poniżej twarzy. Niesamowite, jak kobieta stojąca może różnić się od kobiety idącej, tak bardzo, że wspomnienie bohaterki Makepeace nie miało siły powrócić.

Kobieta w drodze na dworzec

wtorek, 20 września 2016

Jutro przyjedzie kurier. Kurier będzie szukał mojej dziewczyny, ponieważ do wysyłki podałem adres miejsca, w którym ona pracuje. Oraz podałem jej telefon. Dziś na telefon mojej dziewczyny przyszedł sms z wiadomością, że jutro przyjedzie kurier.

Kiedy przyjdę po pracy do domu, będzie czekać na mnie paczka. Otworzymy ją wspólnie. Bo to może być przełomowy moment w życiu członka rodziny, czyli mnie. Czyli diabetyka, potocznie nazywanego cukrzykiem. Znaczy – że mam cukrzycę. I to nie „na tabletkach”, jak się potocznie mówi, tylko „na insulinie”. Dlatego należę do elity cukrzyków.

Wszyscy cukrzycy „na tabletkach” z niepokojem myślą o tym, że kiedy będą „na insulinie”. Ale to wcale nie jest takie pewne. Lecz wystarczy tylko taka możliwość, a już ci „na tabletkach” drżą na samą myśl, że musieliby sami sobie robić zastrzyki. Tak się mówi, robić zastrzyki, ale to w zasadzie jak namalowanie kropki, długopisem, na ramieniu. Albo na udzie. Albo na brzuchu, koło pępka. Kiedyś to były naprawdę zastrzyki, prawdziwymi strzykawkami i igłami, i wcale nie jednorazowymi. Teraz to bardziej taka zabawa. Ale mimo to, „ci na tabletkach” bledną na samą myśl o niej. Niech bledną.

Robienie zastrzyków nie jest największą atrakcją cukrzyka „na insulinie”. Śmieszniejszą zabawą jest gra w kotka i myszkę. Kotkiem jest cukrzyk (w cukrzycowym slangu mówi się: słodki), a myszką – poziom glikemii. Potocznie mówiąc – ile cukrzyk ma cukru we krwi. Tego się może dowiedzieć kłując się w palec, roniąc czerwoną kropelkę (około 1 mikrolitra, w zależności od glukometru), i nakładając ją na pasek testowy. Wtedy, na ekranie glukometru wyświetla się liczba, która decyduje o dalszym życiu. Poniżej 50 mg/dl to zagrożenie utratą przytomności. Powyżej 160 – szybkie niszczenie organizmu.

Najciekawsza jest ta dolna granica. Bo glikemia waha się w ciągu dnia, zależnie od wysiłku, spożytego pokarmu, stanu organizmu (np. infekcji). Cukrzyk nigdy nie wie, jak blisko jest tej dolnej granicy. No chyba, że w oczach pojawiają mu się mroczki, ale wtedy jest już trochę za późno. Najlepiej, gdyby mierzyć cukier tak co 15 minut. Wyciągnąć pasek testowy z pudełeczka, glukometr i nakłuwacz, i jazda – pstryk, kropla, odczyt. Jeden pasek kosztuje 1 zł. bez refundacji. Ale kogo stać na paski bez refundacji? Refundację wypisuje lekarz, ale wtedy dostaje się tyle pasków, że wystarcza na mierzenie 4 razy dziennie. Czyli co 6 godzin.

Jeszcze ciekawiej jest w nocy. Cukrzyk kładąc się do łóżka, mierzy cukier. A potem śpi. Kiedy śpi, to nie zauważy, kiedy pojawią się mroczki. Niejeden cukrzyk budził się zlany potem, i drżącymi rękoma szukał glukozy w kostkach, którą sobie przygotował wieczorem. Jak nie przygotował, to marny los. Albo i nie budził się, tylko we śnie dostawał drgawek, zupełnie podobnych ja te pod elektrowstrząsami.

Mam nadzieję, że jutro moje życie się odmieni. Otworzę paczkę, a w niej będą dwa urządzenia. Jedno, z małą igłą, wczepię sobie w ramię. Będzie ze mną przez dwa tygodnie, będzie mierzyć poziom cukru, a ja będą mógł go odczytać w każdej chwili drugim urządzeniem. Gdy obudzę się rano, odczytam informacje o tym, jaki zmieniała się glikemia w nocy. Albo moja dziewczyna będzie mogła to robić na bieżąco, kiedy będzie się bać, że ze mną dzieje się coś niedobrego. Poznam wreszcie, skąd biorą się zwyżki glikemii nad ranem, co dzieje się między posiłkami, jak organizm reaguje na nagły wysiłek (np. bieg sto metrów do autobusu), jak rośnie cukier po pizzy a jak po frytkach. No i ciekawe, czy po koniaku rzeczywiście spada…

wtorek, 13 września 2016

Przez sen dotarł do niego bodziec. Coś dotknęło jego ramienia. Znał to wrażenie. To nie pierwszy raz, to nie dziwne. Drobne, delikatne palce. Będące częścią małej, zgrabnej dłoni. Wślizgiwały się, dotarły do ramienia, między poduszką a policzkiem. Jego policzkiem.

Znał tę dłoń i te palce. Był zatem spokojny. „Jaka zgrabna dłoń” – pomyślał, jak myślał w podobnych momentach, w przeszłości. Ta myśl przestała już robić na nim wrażenie, cieszył się, że dłoń jest zgrabna, ale może bardziej wiedział, że powinien się cieszyć, albo raczej – uspokajała go myśl, że dłoń, która dąży do jego ramienia, jest zgrabna. A w uspokojeniu, wiadomo, nie ma euforii. Nie ma tej gorączki, podekscytowania, za którą może i niektórzy tęsknią. To jak stwierdzenie – OK, sprawiłem, wszystko w porządku. Ale jednak nie ma niespodzianki, a bez niespodzianki nie ma oczarowania, urzeczenia, zachwytu, oszołomienia.

Lecz zaraz, w półśnie, zaniepokoiła go myśl, że przecież mogłoby być inaczej. W podróż do jego ramienia mogła wybierać się dłoń mniej zgrabna, lub nawet w ogóle niezgrabna. Pulchna, ciastowata, pękata, kluchowata, słoniowata, spasła. On by tę dłoń poczuł, i nawet nie to, że by jej nie chciał, nie lubił, nie mówiąc już o niesmaku. Ale on by pomyślał wtedy, że byłoby inaczej, gdyby ta dłoń była taka trochę zgrabniejsza. Nie to, żeby miał coś przeciwko dłoniom mniej zgrabnym, ale przecież każdy może pomyśleć, od czasu do czasu, o każdej dłoni, więc dlaczego nie o zgrabnej? Zresztą myśli przychodzą, kiedy chcą i jakie chcą, trudno się winić za takie, jakie się pojawiły. Bo kiedy się pojawią, jest jest za późno, myśl jest i koniec. A kto zda sobie sprawę na sekundę wcześniej, że jakaś myśli się pojawi? Chyba nikt. Bo jakby zdał sobie sprawę, to by znaczyło, że właśnie pomyślał.

Tak więc, w półśnie, wyobraził sobie, z niepokojem, dłoń inną niż zgrabna i zaraz po tym zaczął się strofować, że powinien być wdzięczny, czuć euforię, zachwyt i być oczarowany, bo przecież naprawdę zgrabna dłoń dotykała, ba, chciała dotknąć jego ramienia! O takim szczęściu marzył niejeden mężczyzna, usypiający albo śpiący, po dniu niełatwej pracy.

On to szczęście miał. W dodatku dłoń nie była stara, bo przecież każda dłoń kiedyś się starzeje, a wtedy naprawdę trudno o zgrabność. A jednak nie potrafił wykrzesać z siebie niczego więcej ponad spokój. No trudno. Czy to oznaka rutyny? Zmęczenia? Stępienia gustu? Przebiegu lat? A może, gdyby doświadczył niezgrabnej dłoni na jego ramieniu, tym łatwiej doceniłby tę, która od lat wyciąga się ku niemu i wciska, wieczorem, między ramię i poduszkę, kiedy on już śpi?

Nad ranem zawładnął nim sen. Kilka kobiecych dłoni podążało w jego stronę, najróżniejszych, z grubymi paluchami, z plamami, paznokciami obgryzionymi oraz takimi doklejonymi, pomalowanymi na krwistoczerwony kolor. Sam nie widział, czy nie wolałby już tych obgryzionych. Szarpał się, próbował cofnąć, ale dłonie złapały go za kostki. Jeszcze ułamek sekundy, a padłby na plecy, a wtedy by go dopadły ostatecznie. Wtedy otworzył oczy i zobaczył dwie zgrabne dłonie, które usiłowały szarpać go za ramiona. „Znów ci się coś śniło” – powiedziała miękkim głosem, pochylona nad nim, dziewczyna. Że była zgrabna, tego domyśli się każdy, kto próbował odczytywać figurę z kształtu dłoni.

piątek, 02 września 2016

Ta sama klatka schodowa, w dziesięciopiętrowym bloku. Nie taka sama, odnowiona, zdaje się. Ale windy są te same i takie same. Poprzypalane papierosami przyciski pięter…? Blachą pokryte ścianki. Tutaj, na piątym piętrze, dziewiętnaście i pół roku temu, stanęliśmy za załomem, Daniel i ja. Był grudzień, na zewnątrz nie przymarznięty śnieg, lekka bryja. Wcześniej, w domu towarowym, na parterze, był sklep spożywczy. Nie miałem lei, ale w wejściu, tam, gdzie były podwójne drzwi, stał konik. Szybko wymienił parę dolarów na leje. Gdy wymieniałem Daniel pokręcił głową, dawał mi znaki, że kurs nie był korzystny. Ale to nie miało wtedy znaczenia. Sklep zamykali za chwilę, a chciałem kupić bombonierkę. Potem pojechaliśmy właśnie pod blok. Będąc na chodniku i popatrzyłem w górę. Obok siebie stało kilka dziesięciopiętrowców. Było już ciemno, w grudniu wcześnie zapada zmierzch, tutaj też, w Rumunii. Znałem numer mieszkania, dziewięćdziesiąt osiem, ale nie wiedziałem, które piętro. Już nie pamiętam, czy piętro odczytaliśmy z listy mieszkańców, czy po prostu próbowaliśmy, stając windą wyżej i niżej.

Gdy w końcu znaleźliśmy te drzwi, coś mnie zatrzymało. Musiałem ułożyć sobie w głowie przemowę, po angielsku. Daniel miał tłumaczyć. Zapytał mnie, czy ma czekać, aż zrobię przerwę, czy tłumaczyć równolegle, symultanicznie. Powiedziałem, że równolegle, od razu. Nogi zdrętwiały, wrastały mi w ziemię, ale musiałem to zrobić. Im szybciej, tym lepiej. Ustawiłem się przed drzwiami, Daniel był za mną jak cień, nie pamiętam, czy dzwoniłem czy zapukałem. Otworzył niski mężczyzna, brunet. Co ja wtedy powiedziałem? Co? Że przychodzę, bo poznałem jego córkę, która jest wyjątkowa…? Zmieszał się na te słowa, ale i jakby ucieszył. I zapytałem, gdzie jest jej mama? Niewielka kobieta, brunetka, wyszła właśnie z łazienki, do mikroprzedpokoju, w którym byliśmy teraz w czwórkę. Daniel tłumaczył jak maszyna, bez mrugnięcia oka czy zająknięcia. Wszystko, co po angielsku przeszło mi przez gardło, przekładał momentalnie na rumuński i w pewnym momencie speszyłem się, że będzie szybszy ode mnie. Ale to było niemożliwe, bo on czekał, co powiem, czekał zbyt uważnie, zbyt wyczekująco, natrętnie wręcz, chciał i zgłoski nie uronić. Wręczyłem czekoladki i życzyłem szczęśliwych Świąt. Wycofaliśmy się…

Następnego dnia, na spotkaniu, zobaczyłem wielkie oczy małej, czarnej dziewiętnastolatki, która od rodziców dowiedziała się o naszej wizycie. Pół roku później bruneci, kobieta i mężczyzna, zostali moimi teściami.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Wróciliśmy z podróży marzeń. Spełniły się wszystkie. Teraz pozostaje pytanie – co z tego? Czy chodzi wyłącznie o dostarczenie sobie przyjemności (tzn. hedonizm), nawet w postaci jak najbardziej kulturalnej, intelektualnej, prawowitej i pożądanej? Kiedy chodzi o np. przyjemność związaną z byciem, patrzeniem, odczuwaniem niekłamanego piękna przyrody, co porusza, wzbudza refleksje, nawet trudne do wymówienia?

Czy podróżowanie ma na celu dostarczanie sobie przyjemności? Czym różni się taka przyjemność od np. kupowania kolejnych gadżetów? Ktoś powie – podróżowanie jest kształcące – ale można mieć wątpliwości, czy zawsze. Czy rzeczywiście stajemy się mądrzejsi? Wzrasta jakaś nasza wartość? A może po prostu oglądamy, te niesamowite żleby, granie, szczyty, zbocza górskie, i to wszystko? Może niewiele z tego zostaje, podobnie jak po konsumpcji loda – co najwyżej wspomnienie, że w tamtej lodziarni kręcą lepiej niż w innej.

Trasa Transfogarska

czwartek, 18 sierpnia 2016

Instagram właśnie skasował konto mojej córce. Z ciekawości zaglądnąłem do Regulaminu. Zaglądnijcie, bo to jest bardzo pouczające. Zresztą te same zapisy znajdziecie np. w licencji używania systemu Windows czy Apple, a już szczególnie tam, gdzie coś jest Wam oferowane „za darmo” (choć to oczywiście ściema). Warto zapamiętać – firmy, dostarczające nam popularne oprogramowanie, nie odpowiadają zupełnie za nic. Jeśli Wasze dane, Wasza praca, Wasza kreowana marka, Wasze lajki, pewnego dnia znikną, to ani Microsoft, ani Apple, ani Instagram, Facebook i wszyscy inni – nie biorą za nic odpowiedzialności i formalnie nie mają z tym wiele wspólnego, bo to wszystko będzie Wasza wina. Wasze zaangażowanie, praca, to po prostu dobra zabawa, którą zawsze mogą przerwać, bez podania powodu, słowa ostrzeżenia. 

piątek, 12 sierpnia 2016

Z cyklu Zapisy znalezione

Na naszym osiedlu jest pewien niezrealizowany muzyk. Prowadzi zwykłe życie, chodzi do pracy (nie związanej z muzyką), utrzymuje rodzinę, wsiada do autobusu rano i wysiada wieczorem. Z kieszeni kurtki wypadają mu czasem kartki, tak jakby chciał, żeby mu wypadały. Albo jest mu już wszystko jedno…

Prawie za każdym razem, gdy siadam do pianina, dopada mnie poczucie mizerności, małości, bezsiły wobec tego, co chciałbym zagrać. Ile musiałbym ćwiczyć, by instrument stał się częścią ciała… Mało. Częścią mózgu, by nawet ciało zniknęło, rozpłynęło się w przewodniej idei, myśli, uczuciu.

Błąd. Do instrumentu nie należy zasiadać z jakimkolwiek poczuciem: ani mizerności, ani misji, ani natchnienia. Do instrumentu zasiada się tak po prostu, jak rzemieślnik do codziennego warsztatu. Żadnych wielkich, codziennych wzruszeń, żadnego posłannictwa, apostolstwa. Instrument to jak hebel, wiertarka, młotek czy maszyna do szycia. Jeśli od czasu do czasu zdarzy się wzruszenie, to i dobrze.

wtorek, 09 sierpnia 2016

Z cyklu Zapisy znalezione

Lato, wieczór, cmentarz. Był zawsze obok naszego domu i ogrodu. Za nim, w oddali, pagórki, ciągnące się długimi falami, po horyzont. Trzydzieści lat temu widok pagórków nieco przesłoniły nieduże bloki i kotłownia z wysokim kominem. Potem dobudowano garaże w polach. Zostały dwie przerwy, dwa „okna”, przez które widać dalekie pagórki. Jedno wychodzi na południowy zachód, drugie na północ, między wysokimi drzewami o cienkich pniach i rozłożystych koronach. A groby, te w nowej części cmentarza, lśnią polerowaną czernią.

Latem, wieczorem, jak dziś, pomarańcz koloruje obraz pagórków. Maluje też chmury od strony zachodniej, na pomarańczowo. Lekko pomarańczowe zdaje się nawet niebo, choć dziecko powiedziałoby, że jest niebieskie. Bezruch. Między płaszczyznami granitu, w oddali, przesuwają się postacie. Kobieta, starsza kobieta, młodsza kobieta z mężczyzną. Cmentarz dzieli dwie części miasteczka i ludzie czasem skracają drogę idąc od przystanku autobusowego w stronę bloków.

Skręciłem w prostopadłą alejkę, gdy zza załomu muru cmentarnego wyszedł wprost na mnie mężczyzna w średnim wieku. Wpierw wydał mi się młodszy, ale kiedy szedł tak w moją stronę (ale wcale nie do mnie), im bliżej był, tym starszy się okazywał, nie tracąc jednocześnie tego pierwszego, młodzieńczego wrażenia. Dogonił mnie i wtedy usłyszałem, że coś mówi. Myślałem, że do mnie i przyspieszyłem kroku, żeby nie stracić słów.

– Byłem dziś pierwszy dzień w pracy, po urlopie. Układałem sprawy, przypominałem sobie, co zostawiłem trzy tygodnie temu. Tylko dziś rozwiązałem problemy, z którymi zmagałem się całe tygodnie. Odpowiedź przyszła sama, nie wiadomo skąd.

„To chyba jednak nie do mnie” – pomyślałem, ale facet zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Nie przeszkadzało mu, że szedłem obok niego.

– Jak zatrzymać ten stan? Jak nie zamknąć się w tunelu? Jak się nie stłamsić, nie zacząć dusić, dławić, jak siebie nie miażdżyć? Jak się bronić, jak dystansować, czy omijać, unikać, czy pracować mimochodem, czy udawać, czy tłumaczyć, nic nie mówić, być prostacki, współczujący? 

Tu popatrzył na mnie nagle, a właśnie patrzyłem na niego i nie miałem szansy się wycofać, udać, że wcale go nie słucham i tylko przez przypadek tak idę obok. Nie znieruchomiał, nie zatrzymał się, desperacko próbowałem odczytać, z jakim na mnie patrzy zamiarem. Popatrzyłem mu w twarz, czoło, usta, na końcu w oczy, zaniepokojony, co w nich zobaczę. Ale ust nie zacisnął, czoła nie zmarszczył. Patrzył na mnie spokojnie i z wyczekiwaniem, jak na przyjaciela, czekając odpowiedzi, dobrej rady. Co miałem powiedzieć? Podciągnąłem ramiona do góry, podniosłem, otworzyłem dłonie i zatrzymałem się w tym geście, bo zrozumiałem, że naprawdę nie wiem. I choć ten wzrok sprawił, że chciałem mu pomóc, to przecież nie mogłem udawać, że wiem. Zaufał mi, a ja, zobowiązany, szczerze i uczciwie nie mogłem go zbyć byle odpowiedzią.

Zrobiliśmy kilka kroków, po których on znów popatrzył w asfalt, kilka metrów przed siebie, i tak poszedł. Ja stanąłem. Szedł w tę przerwę południowo–zachodnią, przez co jego sylwetka rytmicznie oddalała się na tle coraz bardziej pomarańczowych i coraz ciemniejszych pagórków.

piątek, 05 sierpnia 2016

Z wędrówki. Obraz powraca w wyobraźni jako wspomnienie, wiele dni po tym, jak pojawił się tam, za zakrętem. To była długa prosta na stromym, zalesionym zboczu. Las rzedł, zastąpiła go wysoka trawa i młode drzewka. Stare, wysokie, które rosły wzdłuż drogi, zostały ścięte na różnych wysokościach, jakby drwal przykładał piłę według własnej, nieprzewidywalnej fantazji. Pozostały kikuty pni. Panorama, jaka się za nimi rozciąga, nasuwa pewien wniosek – drzewa zostały złożone w ofierze, na rzecz widoku z doliną i górami w tle.

Droga na Klimczok, fot. Piotr Kubic

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103