Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.
piątek, 21 kwietnia 2017

KFK

napisałeś: druga klasa w liceum, wrzesień, boisko szkolne, maleńka trybuna, schodki, i my tam. Z przodu, po drugiej stronie boiska, szpaler drzew, przygotowujących się do jesieni.

Muszę powiedzieć: odkryłem. Sposób, by objąć tamte chwile, i wszystkie inne, jak również kwazary, kwarki, historię starożytną i średniowiecza, sposób na gotowanie jajka na miękko oraz wychowania dzieci, którego jeszcze nie znam. Wszytko to potrafię objąć, gdy siedzę przy pianinie i naciskam na klawisze.

Tamtych drzew już nie ma, ale u mnie są. Gdy gram, siedzimy razem, i nawet czuję zapach licealnego korytarza, który zostawiliśmy za plecami. Pamiętam każde podanie, które zagraliśmy na boisku, i tę kałużę, która schła tylko podczas upałów, na asfalcie, przy południowej bramce.

Możliwe, że odkryłem sens życia, skoro w graniu potrafię zawrzeć to wszystko. Ale boję się grać, boję się zacząć, bo wiem, że trzeba będzie przestać. Tego momentu się boję, gdy milkną klawisze, pozostaje niedokończenie, niedopowiedzenie, znak zapytania. Znieść go można tylko bagatelizując, machnąwszy ręką, lecz  machnąć, to przekreślić to, co przed chwilą się grało. Tak więc lepiej nie grać, nie zaczynać. 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Dziś wieje, na drodze z Krakowa na północ. Wieje pewnie też na drogach z Krakowa w innych kierunkach, ale Wiesiek nie jest w stanie tego sprawdzić. Zresztą „dziś” będzie jeszcze tylko przez dwie godziny. Potem północ, a zaraz po północy, jutro. Całkiem możliwe, że jutro też będzie wiało.

Wiesiek zaciera ręce. Kiedy wieje, jest w innym świecie. Mentalnie. Wtedy Zośka, żona Wieśka, z trudnością może się z nim dogadać. Wiesiek chodzi zamyślony, uśmiecha się do siebie, a kiedy pyta go, o czym myśli, odpowiada „o niczym”. Przyparty do muru mówi „takie sobie, nawet trudno powiedzieć, głupoty, nic ciekawego, śmiałabyś się”. „To bym się pośmiała” mówi Zośka, ale już poirytowanym tonem i Wiesiek przestaje wierzyć, że naprawdę by się śmiała. Tym bardziej milczy. Ona odbiera milczenie jak obrazę, więc w sekundzie jest wściekła, lecz Wiesiek, milcząc, przynajmniej nie oddaje złem za złe. Przy okazji nie powie też czegoś, czego potem musiał żałował.

O przepraszaniu Wiesiek nie myślał, bo o wiele łatwiej jest milczeć, niż potem próbować przepraszać. Czasem przepraszanie jeszcze bardziej denerwuje osobę przepraszaną, co jest doprawdy dziwne, bo nic tak przecież nie potwierdza racji przepraszanego, jak przeprosiny. Najwyraźniej jednak jest w przeprosinach coś drażniącego, może to, że przepraszany powinien, przynajmniej w teorii, wybaczyć. Lecz on, tu: ona, czyli Zośka, kiedy jest wkurzona, nie przebacza, bo musiałaby wyhamować szybko swoje wkurzenie, a to jej nijak nie pasowało. Może gniew ma w sobie jakiś składnik „świętości”, gniew nie może minąć tak od razu, bo to by znaczyło, że nie bardzo był uzasadniony. A człowiek, który się gniewa, a nie ma racji, wychodzi na idiotę.

O tym myślał Wiesiek jadąc autem, gdy światła wydobywały z ciemności przemykające kształty drogi z Krakowa. Nikomu teraz nie przeszkadzała zamyślona twarz Wieśka, mógł więc poświęcać się temu, co przywiewał mu wiatr, zachodni, zdaje się. Tak, zachodni, bo kierownicę Wiesiek musiał trzymać mocniej lewą ręką, żeby mu auto schodziło na prawo, od tego wiatru.

Po drodze jest miejscowość Widoma. Trochę śmieszna nazwa, tak, jakby mieszkała tam kiedyś jakaś niewidoma. I w pewnym momencie stał się cud, że przejrzała na oczy. Po dwudziestej drugiej, nocą, wyłączają we wsi wszystkie światła na drodze, może sołtys wychodził z założenia, że i tak wszyscy widzą. A może na przekór policjantom, którzy chcieliby łapać na terenie zabudowanym, ale jak jest ciemno, to dają spokój.

Gdy wieje tak mocno powietrze staje się przezroczyste. Na horyzoncie, albo blisko horyzontu, którego przecież nie widać, bo jest ciemno, migają ogniki. Wiesiek wyobraża sobie, że niejeden z nich stoi na rozwidleniu dróg. Że podchodzi do samotnej lampy w środku pól, przysiada u jej podstawy, sterczy tak przez pół godziny i słucha wiatru. Potem wybiera inny ognik na horyzoncie, zmierza do niego, i odnajduje lampę, tym razem na skraju lasu. Tutaj szum jest przeraźliwy. Wiesiek, jadąc autem, wyobrażał sobie tę przeraźliwość. I to, że las w lecie szumi inaczej niż w zimie. A świeże, wiosenne liście szumią delikatniej niż te wyschnięte, jesienne.

piątek, 14 kwietnia 2017

Odszedł Karol. Człowiek już niemłody. Można powiedzieć, za przeproszeniem, że stary. Może nie stary, ale starszy. Ile miał lat? Dziewięćdziesiąt jeden. Zaraz zaraz, to przecież stary. Ale nie wyglądał na takiego.

Odszedł myśliciel. Ależ to brzmi! Cokolwiek napisać, zabrzmi banalnie. Np. to, że był oczytany ponad przeciętność, w historii, geografii.

Miał wadę wymowy tak silną, że trzeba było wprawy, żeby go zrozumieć.
Znał angielski i esperanto.
Siadał w parku z gazetą i podnosił ją wysoko do oczu, zasłaniając swoją niewysoką postać. Mały człowieczek na ławce w parku, z żaglem z gazety zamiast głowy.

Kilka lat temu ciosem była dla niego śmierć syna, zmarł na serce, co nie jest rzadkie u ludzi z zespołem Downa.

Może chodzi o nieustający ton fascynacji w jego głosie? O zamyślony wzrok, który parzył obok tego, co widać tak po prostu?

Pielęgniarka, późnym wieczorem, przyszła zmierzyć mu ciśnienie. On wcześniej zasnął. Gdy przyszła, już nie oddychał. Z punktu widzenia medycznego, powikłanie po zapaleniu płuc. Praktycznie starość. Logicznie wszystko się zgadza. Ale coś wydaje się nie tak. To nie jest tylko coś. To jakaś niepozorna, ale w istocie gruba sprawa, jakaś skucha jest w tym, jakieś draństwo.

Choć przecież wielu chciałoby tak skończyć, może i każdy. Usnąć. To jak nagroda. Czym sobie na nią zasłużyć? Nie ma opcji „zaznacz twój wybór”, więc to jak łaska dla wybranych.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Reporterski film z tego, co robiliśmy w sobotę

 

 

Wiesiek nie mógł przestać myśleć o tamtej dziewczynie. To nie był pierwszy raz, kiedy myślał o dziewczynie, ale rzadko zdarzało mu się myśleć o właśnie takiej, w taki sposób, i tak długo.

Było to na Rondzie Ofiar Katynia. W sumie można powiedzieć, że tam się kończy Kraków. Tak, praktycznie się kończy. Autobusy jadąc ulicą Josepha Conrada skręcają w Armii Krajowej, jakby nawracały. Bo dalej jadą głównie te z numerami powyżej 200. Tuż za rondem ludzie, jak mrówki, wysypują się z miejskich autobusów, przechodzą na drugą stronę i czekają na podmiejskie. I na małe, międzymiastowe busy, jadące w stronę Krzeszowic.

Dziewczyna, która wysiadła, miała podkręcone rzęsy. I to była jedyna rzecz, która zasługiwała na uwagę. No może jeszcze starała się zachować spójność koloru: czarny t-shirt i czarne dresowe spodnie. Dwie części garderoby (to słowo zdawało się Wieśkowi na wyrost), opinały jej szeroką postać, duże biodra, nieproporcjonalne uda, talię, która wylewała się na boki. Kiedy dotarła na drugą stronę ulicy, stanęła i czekała na przystanku. Wiesiek jeszcze raz na nią spojrzał. Nie dowierzał, że widział te podkręcone rzęsy. Dziewczyna, może siedemnastoletnia, przed swoją szeroką, kwadratową buzię, podniosła smartfon. Wyraz twarzy miała na tyle straszny, że Wiesiek nie mógł oderwać od niej oczu, sam nie wiedział, co się dzieje.

Udając, że chce coś przeczytać z rozkładu jazdy, podszedł bliżej i rzucając okiem na ekran telefonu zobaczył wyraźnie jedno słowo: „spierdalaj”. Chwilę potem, patrząc błędnym wzrokiem na godziny odjazdów, które wcale go nie interesowały, Wiesiek zastanawiał się, kto kazał dziewczynie „spierdalać” i dlaczego. Kimkolwiek był ten ktoś, zasługiwał, żeby odpowiedzieć mu tym samym. Wiesiek nawet był pewien, że dziewczyna zaraz wystuka podobne słowo w odpowiedzi. Ale patrząc na jej jakby zdechłe oblicze zrozumiał, że tego nie zrobi.

Za miękka jest, pomyślał Wiesiek. Jak tamten jej pisze „spierdalaj”, to niech sam spierdala, skurwysyn jeden. Tylko ten ktoś, po tamtej stronie, mógł sobie pisać, żeby spierdalała, a ona nie. I taka była między nią a tamtym różnica, że on by spierdolił od razu, niechby napisała tylko pół słowa: spie…, i już by go nie zobaczyła. I nie miałoby znaczenia, że tego dnia podkręciła rzęsy, bo wszystko inne i tak miała do dupy, a rzęsy i tak były żałosne.

I tak się Wiesiek zastanawiał, co by na jej miejscu mógł odpowiedzieć, kiedy oprzytomniał: dziewczyny już nie było. Pięćdziesiąt metrów dalej rozpędzał się ciężko zdezelowany bus, zostawiając za sobą chmurę niebieskiego dymu.

środa, 05 kwietnia 2017

Włączy film o Drugiej Wojnie Światowej. Ta myśl trzymała Mariusza przy życiu, w dobrym nastroju. Choć była już szesnasta, to piętrzył się jeszcze przed nim stos zadań i wiedział, że z pracy nie wyjdzie przed dwudziestą pierwszą. Ale potem, w domu, w łóżku, tuż przed snem – nadejdzie chwila odprężenia.

Na youtube znalazł Mariusz całą serię filmów pt. World War II in color. Tylko prawdziwe ujęcia, nakręcone w tamtym czasie, na które teraz, komputerowo, nałożono kolor. Hitler w kolorze wygląda jednak inaczej, bardziej prawdziwie i wstrząsająco. Zwłaszcza kiedy przemawia stojąc ponad niezliczonym tłumem. A jest właśnie szczyt kryzysu, jedna trzecia Niemców straciła pracę, ludzie śpią na ulicach, szaleje inflacja. Czerwone sztandary ze swastykami, eleganckie mundury, ład, porządek, szyk, potęga, wszystko to, czego brakowało ludziom. Za chwilę pojawią się monstrualne krążowniki i pancerniki, i okręty podwodne które będą postrachem Atlantyku i prawie rzucą Anglię na kolana.

Albo ten film o próbie atomowej na atolu Bikini. Z planowanych trzech wybuchów nuklearnych zrealizowano dwa. Skażenie wody i otoczenia stało się katastrofą, z którą nie umiano sobie poradzić. Jakiś amerykański biznesmen wykorzystał słowo „bikini” do nazwy nowego stroju kąpielowego, bo wywoływał „piorunujące wrażenie”.

Mariusz przypomina sobie film o najeździe hitlerowców na Związek Radziecki. Stalin do końca nie wierzył, że to się stanie. Kilka lat wcześniej wysłał własną, doświadczoną kadrę oficerską, do gułagów. Jej miejsce zajęli młodziki, którzy nie wiedzieli, co to walka. Gdyby nie jesienne deszcze i błota, a potem sroga rosyjska zima, Niemcy zdobyliby Moskwę.

Jest godzina siedemnasta i Mariusz jedzie tramwajem na ostatnie zakupy. Potem musi zrobić zestawienie faktur, ułożyć je według zamówień i zapotrzebowań, sprawdzić artykuły i podpisy, przygotować papiery na jutro, do księgowości. Zamyśla się i widzi w wyobraźni, jak Amerykanie lądują w Normandii, podczas Operacji Overlord. Hitler spodziewał się inwazji pod Calais, ale Alianci nie dali mu tej satysfakcji. Zresztą zmylili go, bo nawet przez radio posyłali fałszywe meldunki, że niby tam będą uderzać.

Jeszcze tylko trzy godziny, myśli Mariusz. Znajomy Michał, który jest psychologiem, przestrzegał Mariusza przed oglądaniem takich opowieści przed snem. Ale trudno mu się powstrzymać. Zresztą oglądał już filmy o kosmosie, fizyce kwantowej i geograficzne. Fajne były, ale nie robiły takiego wrażenia. Może jeszcze te o Trójkącie Bermudzkim albo UFO, tylko że ich jest mało i często są po prostu dziecinne. Wrócił więc do tych z Hitlerem i Stalinem.

piątek, 31 marca 2017

– Tylko nie potknij się o moje buty.

Grzesiek otwiera drzwi od mieszkania. W zasadzie – od kawalerki. Kawalerka nie jest jego. Ale Grzesiek szuka mieszkania. Kupi najprawdopodobniej w ciągu pół roku. Zadłuży się do końca życia. Grzesiek nie jest młody.

W mieszkaniu, w którym nikt nie przewiduje obecności kobiety, nie warto utrzymywać porządku. Nie ma takiej potrzeby. Zwłaszcza, kiedy mieszkaniec jest jeden. Samotny, jak to drzewo w na trawniku, przed wejściem do budynku, otoczone niskim, żelaznym płotem. Rozłożyste drzewo, bo żadne inne nie przeszkadza mu w rozpościeraniu konarów.

Za drzwiami wejściowymi i wąskim korytarzykiem otwiera się pokój w kształcie litery L. Jakby dwa pokoje, choć jeden. Z prawej strony futryna bez drzwi, prowadzi do kuchenki. Do łazienki wchodzi się z przejścia, po jego drugiej stronie umieszczono szafki na ubrania.

– Pod ścianą stanie pianino, będzie przychodzić córka, uwielbia grać. To mieszkania załatwiła mi Aśka. Po tym, jak okazało się ostatecznie, że mam się wynieść. To bardzo ładnie z jej strony.

Centralne miejsce w pokoju zajmuje stolik turystyczny, a na nim sprzęt do odtwarzania muzyki dawnej. Głośniki szeroko rozstawione, na dużym stole pod oknem i ruchomym stoliczku przy kuchni. Obok dwa pudła z płytami CD, muzyką głównie Bacha.

– To nawet nie jedna dziesiąta moich zbiorów. Jeszcze nie zdążyłem przenieść.

Otwieramy piwo i słuchamy. Sprzęt ma dwadzieścia pięć lat, został zaprojektowany do odtwarzania nagrań kwartetów smyczkowych, orkiestr symfonicznych, klawesynu i klawikordu. Nawet dawne płyty Jean Michelle Jarre'a czy Tangerine Dream, te nawiązujące do motywów baroku, brzmią szlachetnie. Co dopiero dobry fortepian, którego dźwięk brzmi nieziemsko tutaj, w pustych ścianach, stosów książek na podłodze, wśród czasopism, rachunków, zaświadczeń z banku i ZUSu. Na stole dobre słuchawki i laptop. 

– W zasadzie rzadko tu bywam, przecież pracuję. Ale mam wszystko, ogrzewanie, ciepłą wodę, działającą lodówkę i pralkę, internet. Wróciłem do biegania. Kiedy nie mogę spać, nawet o czwartej nad ranem, wychodzę i biegam. Wiesz, ten nokaut w białych rękawiczkach, który dostałem, ma swój powab.

Słuchamy prostego utworu Bacha granego na fortepianie. Wydaje się banalny, ale Grzesiek opowiada, że napisano na jego temat całe tomy analiz. Siedzimy milczący, jest pierwsza w nocy, my nieobecni ciałem, podróżujący duchem, i staje się jasne, że obcujemy z czymś, czego umysł kobiety nie jest w stanie ogarnąć.

środa, 22 marca 2017

Napiszę o czymś, co mi się wydaje i wcale nie musi być słuszne.

Obserwuję specyficzne połączenie pasterza duchowego oraz owiec, które się wokół niego gromadzą. Ciekawe jest to, że najwyraźniej (najwyraźniej dla mnie, takie mam wrażenie), pasterz i owce nawzajem siebie potrzebują. Nie ot tak sobie – konkretnie pasterz potrzebuje takich, jak owce. A owce – chcą mieć dokładnie kogoś takiego, jak pasterz.

Pasterz prowadzi, co sprowadza się do wygłaszania tez, nauk, obserwacji. Pasterz lubi wygłaszać, czuje się wtedy we własnym żywiole. Obserwuje świat, dokonuje analizy, syntezuje zasady, co przejawia się w wygłaszaniu tez.

Owcą zostaje się wtedy, gdy głos pasterza zachwyci. Gdy jego głoszenie zostanie potwierdzone wystarczającą ilość razy. Potem zaczyna się okres stabilizacji, w której głos pasterza jest akceptowany mimochodem, prawie automatycznie. Wtedy pasterz musiałby zrobić coś bardzo odbiegającego od jego dotychczasowego stylu, aby u owiec zapaliło się pomarańczowe światło.

Trwa stabilizacja. Pasterz wygłasza, w zamian zbiera pozytywne oddźwięki od owiec. Obie strony dostają to, co lubią – pasterz: potwierdzenie, że jego działalność ma sens, że wiele innym daje; owce: mają przygotowany pokarm, do którego przywykły, który dostają regularnie, co je uspokaja, daje poczucie stabilności, pewności, spokoju.

Tworzy się towarzystwo wzajemnego poklepywania po plecach. Obu stronom zaczyna być tak dobrze, że z niepokojem, niesmakiem odbierane jest to, że ktoś po plecach nie klepie. Pasterz ma rację, bo owce potrzebują kogoś, kto ma rację. Pasterz, który strzeli gafę, musi trwać na stanowisku, bo inaczej przestałby być w oczach owiec pasterzem. Zresztą same owce bronią wizerunek pasterza, bo bez niego wzrasta u nich poczucie osamotnienia, dezorientacji.

W ten sposób układ ten zaczyna dryfować w kierunku nadanym przez proste potrzeby obu stron – akceptacji oraz bezpieczeństwa. Słuszność, prawda, stają na dalszym miejscu.

Podział na kler i laików jakoś tkwi w człowieku. Ale do czasu. To się zmienia, bo laicy albo przestają wierzyć w kler, albo sami zaczynają mieć aspiracje bycia klerem. Oczywiście to nie jest takie proste, być pasterzem. Jednocześnie chyba coraz mniej osób chce należeć do owiec, co wywołuje niezadowolenie pasterzy.

poniedziałek, 20 marca 2017

Siedzieć w sali, bez ruchu, śpiewać, słuchać, otwierać Biblię, czytać. Uświęcona u większości chrześcijan. Nie, to nie jest krytyka! Tylko co mają zrobić podczas takich nabożeństw kinestetycy, tacy jak Wiesiek właśnie? Od dzieciństwa uczy się ich, tak samo jak wszystkich – bądź spokojny, siedź cicho, słuchaj. Od dzieciństwa mają problem z taką formą pobożności. Zmagają się z nią, bo chcą być dobrymi chrześcijanami, ale nie mogą wysiedzieć. Co tam godzinę, dwie. Ale cały dzień?

„Nieopuszczanie społecznego zgromadzenia” – to ponoć siedzenie na nabożeństwach. Jeden dzień, z całego weekendu, to jeszcze nie tak dużo. Ale dwa dni! A trzy! (Wiesiek nie zaprzecza, nie krytykuje, bo dla większości to jest piękne, pożądane, to odpoczynek, oderwanie od codziennych trosk. Ale są tacy, może niewielu, może całkiem sporo, dla których to jest naprawdę wyczyn – wysiedzieć!)

„Niektórzy pojechali nad wodę, inni zwiedzają zabytki, jeszcze inni uprawiają sport, ale my przyszliśmy tutaj, spotkać się z Panem”.

Eliasz szedł czterdzieści dni, żeby spotkać się z Panem, ale on szedł. Dlaczego jedyną uznaną formą nabożeństwa ma być: siedzieć? Przez dziesiątki lat Wiesiek zmusza się, żeby wytrzymać na nabożeństwie, mustruje się, że widocznie nie lubi wiary, nie lubi Boga, skoro na nabożeństwie najnormalniej nie chce być. Po latach przychodzi mu do głowy, że gdyby zmienić formę, z siedzenia i słuchania kazań, np. na pielgrzymkę, to okazałoby się, że Wiesiek uwielbia, kocha Boga i bez zastanowienia, bez szemrania, szedłby za Nim przez resztę swojego życia!

Jako to się stało, że dopiero teraz przyszło to Wieśkowi do głowy? Głowy, która zaczyna być siwa. W pierwszej chwili wzbiera w nim złość. Że słuchał, że dał się na to nabrać – na prymitywne ujęcie „świętego zgromadzenia”. W drugiej chwili myśli, że nie może się złościć na pasterzy i nauczycieli, bo to jest złe, z pewnością niesprawiedliwe. Co więc zrobić? Jak pogodzić to w sobie?

poniedziałek, 13 marca 2017

Społeczność religijna, która mówi o tym, że przez całe życie „jesteśmy w szkole”, uczymy się. Lecz rozwój oznacza zmianę – zmianę w człowieku, który jest częścią tej społeczności. Ten człowiek, ucząc się, rozwijając, zmienia się, czasem bardzo, i w kierunku, którego społeczność nie przewiduje.

W rozwoju jest coś, co może być przerażające. Kiedy byłem dzieckiem mój ojciec powiedział: „za dużo myślisz”. Jego diagnoza najpierw mnie wystraszyła, potem wydała się nie do przyjęcia. Dziś wiem, że bał się czegoś – za dużo myśląc zostaniesz człowieku postawiony na marginesie, orzeknięty dziwnym, nawet niebezpiecznym. Zostaniesz sam.

Nauka i rozwój przynoszą odkrycia, która bywają straszne, w pierwszym momencie. Że jest inaczej, niż wyznaje grupa. Że doktryny są nierzadko ogromie uproszczone, że świętość rozumie się jako zerwanie kontaktu z rzeczywistością. Że natchniony język to ten archaiczny, pompatyczny, wyniosły, sztuczny, pretensjonalny. Że ważniejszy jest spokój niż prawda.

To są trudne odkrycia. A człowiek nie chce porzucić samej wiary, bo tutaj nie ma wątpliwości – ona jest czymś oczywistym. Czymś oczywistym jest też walka o dobrą relację ludźmi (czyli o to, co górnolotnie nazywa się miłością). Wraz z tymi odkryciami coraz więcej czasu trzeba poświęcić na godzenie przeciwności, przede wszystkim w sobie, żeby potem zrobić to na zewnątrz.

sobota, 11 marca 2017

Napisać kilka słów, pozostawić ślad, zanim usnę. Kiedyś będzie będzie to ostatnia moja wola. Odkryją ją niektórzy, przypadkowi internauci, ale nie dowiedzą się, że jest ostatnia.

Dziś nie wieje wiatr i agregat chłodniczy nie warczy za oknem, jak zwykle. Nie pada śnieg. Na asfalcie nie jest mokro. Czyli to zwykły, porządny dzień, przyzwoita, sumienna noc.

Sumienna noc, sumienna noc. Gdy przy klawiaturze pianina, przez chwilę, nie mam pomysłu, co dalej zagrać, powtarzam przez chwilę ten sam motyw.

Chomik biega w kołowrotku, teraz, za moimi plecami. Skrzypi druciana klatka.

Tyka zegar w kuchni. Wisi przy lodówce na ścianie, poraniony, bo czasem, gdy ktoś szerzej otworzy drzwiczki, trąca nimi zegar, który spada; tani, plastikowy krążek, ciągle się nie zepsuł. Nowego nikt się nie spieszy kupować, bo należałoby przewiesić w inne miejsce, a co ze starym gwoździem zrobić? Zrobi się, przy malowaniu kuchni, ale kiedy pomalować, może teraz, skoro wiosna idzie.

piątek, 03 marca 2017

Na początek zastrzegam – co napiszę dalej, będzie o mnie, a nie o innych. Dla każdego jest dobre trochę coś innego, choć oczywiście jako ludzie spotykamy się w pewnych potrzebach (np. jedzenia, snu).

Tyle lat trzeba było, żebym się przekonał, że moje dawanie świadectwa wiary nie polega na mówieniu o Jezusie, na częstym wyliczaniu, co On dla mnie zrobił, na cytowaniu wersetów Biblii do każdej sytuacji życia. Byłem uczony, że życie dzieli się na świeckie i religijne, a człowiek religijny powinien mieć jak najmniej wspólnego z życiem świeckim. Mój opór przeciwko śpiewaniu na ulicy utworów religijnych wynikał ponoć ze wstydu – tak mi mówiono – a wiary człowiek nie powinien się wstydzić. Co wiem teraz – to jest nie do końca tak, jak słyszałem. W ogóle często bywa, że słyszę coś, ale po dokładniejszych moich badaniach okazuje się, że sedno tkwi trochę w innym miejscu.

Tak więc wcale nie musi chodzić o wstyd czy o strach, jeśli ktoś nie wymienia publicznie Boga i swojej wiary. Chodzi raczej o świadomość, że wiara nie jest taka prosta, ale jeszcze bardziej o to, że prawdziwa wiara jest czymś osobistym, intymnym. 

Sprawy nieba zostały ukazane prostaczkom (tak powiedział Jezus), ale to nie musi oznaczać, że człowiek ma zostać w tym stanie do końca życia. Słowa „niech wasze słowa będą tak-tak, nie-nie” nie mają spowodować, że ignoruję, nie dostrzegam skomplikowania sytuacji. A życie jest skomplikowane. 

Trudno o tym pisać ogólnie, najlepiej byłoby na przykładach, takich, jak ten: https://youtu.be/NhFvXCVqkhM?t=1m50s (od 1 minuty 50 sekundy). Muzyka bez słów, więc ktoś powie, że jest świecka (w dodatku – jazz). U mnie wyciska łzy i jest oczywiste, że opowiada o Bogu. Ale inni stwierdzą, że absolutnie nie. Więc jak jest naprawdę?

wtorek, 28 lutego 2017

W piątek gram recital. Trudno opisać drogę, którą się przechodzi, by zagrać przed publicznością. Nie mam nawet siły pisać, bo angażuję się w ćwiczenie. Ile drobnych decyzji trzeba podjąć, nawet jeśli chodzi o same nuty – co, jak, w którym momencie. Oddzielna kwestia to zmaganie się z sobą – własną fizycznością oraz duchowością, obie potrafią być genialne, a czasem zadziwiające tępe.

Zapraszam – piątek 3 marca, godz. 19.00, Teatr Barakah, ul. Paulińska 28, Kraków.

niedziela, 19 lutego 2017

W tramwaju, przy oknie, siedzi kobieta. Nie, to dziewczyna. Ale raczej kobieta. Kobieta czy dziewczyna? Zależy, gdzie popatrzeć. Jak na twarz – dziewczyna. Jak na resztę – kobieta.

Kobieta to mało powiedziane. Wręcz – baba. Albo ktoś, kto za parę lat, najwyżej dziesięć, będzie babą. Twarz zwiastuje jakie to było, jeszcze do niedawna, małe, niewinne dziewczątko. Aż tu nagle, może w pół roku, może w osiemnaście miesięcy, wyrosły nogi jak u koszykarki, ręce wyciągnęło z ramion, teraz rozłożystych. Uda i kolana ledwo się mieszczą między rzędami siedzeń. Dobrze, że siedzi, gdyby stanęła, niektórzy mogliby się przestraszyć.

W dłoni trzyma smartfon, przed twarzą. Obejmuje długimi palcami jak odnóża tarantuli. A twarz ciągle niewinna, duże oczy i wystające kości policzkowe nie pasują. Nie pasują do reszty, jeszcze nie pasują. Ona jeszcze nie wie, co się stało. Może zaczyna się orientować dopiero. Powoli odkrywać, co ją czeka. Los baby. Jakby się nie starała, jakie by nie miała gołębie i dziecięce serce, będzie babą i już. Ludzie ją nauczą. Bez wyjścia. Wystarczy, że będą musieli patrzeć na nią z dołu.

piątek, 17 lutego 2017

Żaby zachować w sobie wspomnienie czystego, nieskażonego piękna, przeczytam książkę tylko raz. Tylko raz posłucham utworu muzycznego. Przyjdę na spektakl tylko raz.

No może dwa razy – to się udaje, gdy dzieło jest naprawdę niezłe. Gdy jest dobre albo bardzo dobre, można sobie pozwolić na trzy.

Co innego, kiedy chcę się czegoś nauczyć. Wtedy czytam, słucham, oglądam wiele razy. Aż zaczynam dostrzegać szwy. Tak, jak w świetnie skrojonym i uszytym garniturze.

Kiedy zaczynam dostrzegać, jak to jest zrobione, przeważnie przestaje już być piękne. Jak kiedy idę ulicą i z daleka, naprzeciwko, widzę fantastyczną twarz. Ale kiedy się z nią mijam, gładkość, kolory i linie ust, brwi, okazują się zrobione.

Okazuje się, że Chick Corea wcale nie gra tak idealnie. Że się powtarza, że ma swoje zapchajdziury, że czasem się waha, dźwięki brzmią nierówno. Znika wrażenie o ideale, ale pojawia się wiedza – jak to jest zrobione.

Może genialne dzieło polega na tym, że nie traci czaru, nawet po nicowaniu?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105