Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.
czwartek, 18 sierpnia 2016

Instagram właśnie skasował konto mojej córce. Z ciekawości zaglądnąłem do Regulaminu. Zaglądnijcie, bo to jest bardzo pouczające. Zresztą te same zapisy znajdziecie np. w licencji używania systemu Windows czy Apple, a już szczególnie tam, gdzie coś jest Wam oferowane „za darmo” (choć to oczywiście ściema). Warto zapamiętać – firmy, dostarczające nam popularne oprogramowanie, nie odpowiadają zupełnie za nic. Jeśli Wasze dane, Wasza praca, Wasza kreowana marka, Wasze lajki, pewnego dnia znikną, to ani Microsoft, ani Apple, ani Instagram, Facebook i wszyscy inni – nie biorą za nic odpowiedzialności i formalnie nie mają z tym wiele wspólnego, bo to wszystko będzie Wasza wina. Wasze zaangażowanie, praca, to po prostu dobra zabawa, którą zawsze mogą przerwać, bez podania powodu, słowa ostrzeżenia. 

piątek, 12 sierpnia 2016

Z cyklu Zapisy znalezione

Na naszym osiedlu jest pewien niezrealizowany muzyk. Prowadzi zwykłe życie, chodzi do pracy (nie związanej z muzyką), utrzymuje rodzinę, wsiada do autobusu rano i wysiada wieczorem. Z kieszeni kurtki wypadają mu czasem kartki, tak jakby chciał, żeby mu wypadały. Albo jest mu już wszystko jedno…

Prawie za każdym razem, gdy siadam do pianina, dopada mnie poczucie mizerności, małości, bezsiły wobec tego, co chciałbym zagrać. Ile musiałbym ćwiczyć, by instrument stał się częścią ciała… Mało. Częścią mózgu, by nawet ciało zniknęło, rozpłynęło się w przewodniej idei, myśli, uczuciu.

Błąd. Do instrumentu nie należy zasiadać z jakimkolwiek poczuciem: ani mizerności, ani misji, ani natchnienia. Do instrumentu zasiada się tak po prostu, jak rzemieślnik do codziennego warsztatu. Żadnych wielkich, codziennych wzruszeń, żadnego posłannictwa, apostolstwa. Instrument to jak hebel, wiertarka, młotek czy maszyna do szycia. Jeśli od czasu do czasu zdarzy się wzruszenie, to i dobrze.

wtorek, 09 sierpnia 2016

Z cyklu Zapisy znalezione

Lato, wieczór, cmentarz. Był zawsze obok naszego domu i ogrodu. Za nim, w oddali, pagórki, ciągnące się długimi falami, po horyzont. Trzydzieści lat temu widok pagórków nieco przesłoniły nieduże bloki i kotłownia z wysokim kominem. Potem dobudowano garaże w polach. Zostały dwie przerwy, dwa „okna”, przez które widać dalekie pagórki. Jedno wychodzi na południowy zachód, drugie na północ, między wysokimi drzewami o cienkich pniach i rozłożystych koronach. A groby, te w nowej części cmentarza, lśnią polerowaną czernią.

Latem, wieczorem, jak dziś, pomarańcz koloruje obraz pagórków. Maluje też chmury od strony zachodniej, na pomarańczowo. Lekko pomarańczowe zdaje się nawet niebo, choć dziecko powiedziałoby, że jest niebieskie. Bezruch. Między płaszczyznami granitu, w oddali, przesuwają się postacie. Kobieta, starsza kobieta, młodsza kobieta z mężczyzną. Cmentarz dzieli dwie części miasteczka i ludzie czasem skracają drogę idąc od przystanku autobusowego w stronę bloków.

Skręciłem w prostopadłą alejkę, gdy zza załomu muru cmentarnego wyszedł wprost na mnie mężczyzna w średnim wieku. Wpierw wydał mi się młodszy, ale kiedy szedł tak w moją stronę (ale wcale nie do mnie), im bliżej był, tym starszy się okazywał, nie tracąc jednocześnie tego pierwszego, młodzieńczego wrażenia. Dogonił mnie i wtedy usłyszałem, że coś mówi. Myślałem, że do mnie i przyspieszyłem kroku, żeby nie stracić słów.

– Byłem dziś pierwszy dzień w pracy, po urlopie. Układałem sprawy, przypominałem sobie, co zostawiłem trzy tygodnie temu. Tylko dziś rozwiązałem problemy, z którymi zmagałem się całe tygodnie. Odpowiedź przyszła sama, nie wiadomo skąd.

„To chyba jednak nie do mnie” – pomyślałem, ale facet zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Nie przeszkadzało mu, że szedłem obok niego.

– Jak zatrzymać ten stan? Jak nie zamknąć się w tunelu? Jak się nie stłamsić, nie zacząć dusić, dławić, jak siebie nie miażdżyć? Jak się bronić, jak dystansować, czy omijać, unikać, czy pracować mimochodem, czy udawać, czy tłumaczyć, nic nie mówić, być prostacki, współczujący? 

Tu popatrzył na mnie nagle, a właśnie patrzyłem na niego i nie miałem szansy się wycofać, udać, że wcale go nie słucham i tylko przez przypadek tak idę obok. Nie znieruchomiał, nie zatrzymał się, desperacko próbowałem odczytać, z jakim na mnie patrzy zamiarem. Popatrzyłem mu w twarz, czoło, usta, na końcu w oczy, zaniepokojony, co w nich zobaczę. Ale ust nie zacisnął, czoła nie zmarszczył. Patrzył na mnie spokojnie i z wyczekiwaniem, jak na przyjaciela, czekając odpowiedzi, dobrej rady. Co miałem powiedzieć? Podciągnąłem ramiona do góry, podniosłem, otworzyłem dłonie i zatrzymałem się w tym geście, bo zrozumiałem, że naprawdę nie wiem. I choć ten wzrok sprawił, że chciałem mu pomóc, to przecież nie mogłem udawać, że wiem. Zaufał mi, a ja, zobowiązany, szczerze i uczciwie nie mogłem go zbyć byle odpowiedzią.

Zrobiliśmy kilka kroków, po których on znów popatrzył w asfalt, kilka metrów przed siebie, i tak poszedł. Ja stanąłem. Szedł w tę przerwę południowo–zachodnią, przez co jego sylwetka rytmicznie oddalała się na tle coraz bardziej pomarańczowych i coraz ciemniejszych pagórków.

piątek, 05 sierpnia 2016

Z wędrówki. Obraz powraca w wyobraźni jako wspomnienie, wiele dni po tym, jak pojawił się tam, za zakrętem. To była długa prosta na stromym, zalesionym zboczu. Las rzedł, zastąpiła go wysoka trawa i młode drzewka. Stare, wysokie, które rosły wzdłuż drogi, zostały ścięte na różnych wysokościach, jakby drwal przykładał piłę według własnej, nieprzewidywalnej fantazji. Pozostały kikuty pni. Panorama, jaka się za nimi rozciąga, nasuwa pewien wniosek – drzewa zostały złożone w ofierze, na rzecz widoku z doliną i górami w tle.

Droga na Klimczok, fot. Piotr Kubic

środa, 20 lipca 2016

Z serii „Zapisy znalezione”

Podczas wyjątkowo bezwietrznej pogody, na molo i tak wieje. Ciekawe. Ze stolika, jednego z kilkunastu, stojących przy kawiarni, stoczyła się zmięta serwetka. Podniosłem ją i miałem wrzucić do kosza, ale przedtem rozprostowałem.

Synu, każda minuta spędzona z Tobą jest jak wysłana w przyszłość. Kiedy Ty, już beze mnie, będziesz przemierzał tereny, do których nigdy nie dotarłem. Gdy pomóc będzie Ci mogła może myśl o mnie, mam nadzieję, o tym, co powiedziałem, albo chociaż pamięć mojego uśmiechu.

 

ojciec i syn fot. Piotr Kubic

piątek, 15 lipca 2016

Listy mailingowe to jak nasiona i pyłków drzew, krzewów. Przedwczoraj, rano, z naszego okna na pierwszym piętrze obserwowaliśmy pyłkowy deszcz, kurtyną przegradzał ulicę, szedł w kierunku pawilonu handlowego, lokalu, którego nikt nie chce wynająć, bo w okolicy nie ma ruchu, po prostu.

Listy mailingowe ślą listy do tysięcy skrzynek komputerowych. Zapychają je, denerwują właścicieli, którzy wpierw mają nadzieję, że klikając na „zrezygnuj” pozbędą się natrętów. Niestety, tym więcej spływa im starannie przygotowanych „ziaren”, próbujących zapłodnić inwencję, połechtać duszę i wyciągnąć nieco grosza z portfela.

Śmieszne, kiedy nawet wydawnictwo „Charaktery” sięga po najbardziej populistyczny temat („piłka nożna”, kiedy Polacy jeszcze w grze), by zainteresować kolejnym numerem. U moich rodziców, jakimś trafem, na półce w biblioteczce stały dwa tomy „Psychologii” Włodzimierza Szewczuka. Nastolatek sięgał do nich z nadzieją, że pozna sposoby wpływania na ludzi, a tam, na szarych kartkach, były jakieś wykresy, ruchy gałek ocznych, jakieś prądy nerwowe, relaksacje neuronów. Dziś „Charaktery” mizdrzą się do szerokiej grupy czytelników, a chłopak, który zaczynał od Szewczuka, uśmiecha się na błyszczący papier i malownicze grafiki, uspokajająco ładne.

Metody marketingowe, adresowane do gnomów. Czasem współczuję, bo przecież siedzi gdzieś tam człowiek, który wymyśla te hasła (kopywrajter), stara się, bo jego płaca zależy od procentów w wynikach, których efektywność tak łatwo przecież określić. Ściema, kolego, wiemy, ty i ja, że to ściema. Widzę w wyobraźni, jak się wysilasz, by trafić do mnie celnym hasłem. Ale ja, dla ciebie, nie mam twarzy, moja twarz to rozmazane oblicza tłumu, czyli nikogo. Strzelasz papką, twoje strzały mijają mnie, nawet nie muszę się uchylać. Cieszę się, że ktoś Ci za to płaci, bo każdy potrzebuje z czegoś żyć. Właśnie robię porządki w skrzynce pocztowej, przeznaczonej na spam.

poniedziałek, 11 lipca 2016

– Wiesiek, posłuchaj. Był upalny czerwiec. Otworzyłem drzwi taksówki zapraszającym gestem i popatrzyłem na nią. Była dostojną kobietą, która już nigdzie nie musiała się spieszyć. Zamknąłem lekko drzwi mercedesa i sam wsiadłem po drugiej stronie.

Opowieść, którą usłyszałem w drodze z podmiejskiej, malowniczej miejscowości do centrum Krakowa, była odtwarzana spokojnym, cichym głosem. Nawet przepisy kucharskie, którymi wymieniają się kobiety przez telefon, zawierają więcej emocji. Ona była dyrektorką zespołu szkół zawodowych dla kobiet. I opowiedziała mi o swoim śledztwie.

Objęła stanowisko jako młoda, niezbyt doświadczona zarządzająca. Po pewnym czasie zaniepokoiły ją drobne nieścisłości. Zaczęła samodzielnie analizować księgi, spędzała nad nimi całe noce, uczyła się księgowości jednocześnie ją weryfikując. Słuchałem, jak w końcu współpracowała z milicją i prokuraturą, a potem występowała w sądzie.

Zapadł mi w pamięć pewien sposób na przekręt – księgowa zamieniała miesiąc i dzień w dacie, tam, gdzie było to możliwe. W ten sposób przerwany zostawał ciąg przyczynowo–skutkowy, następstwo czasu dla wydarzeń, ludzi, miejsc. W tych załamaniach czasoprzestrzeni dało się uszczknąć duże sumy, odprowadzić w bok pieniądze, a wyciek pozostawał trudny do ustalenia.

Wiesiek, teraz posłuchaj. Nasza rzeczywistość zawiera tak wiele szczegółów, połączeń szczegółów, kolejności szczegółów, konfiguracji, konstelacji, kompozycji szczegółów, przypisania szczegółów do osób, miejsc i czasu, szczegółów dotyczących innych szczegółów, odwrotności szczegółów, całek i różniczek szczegółów… Jeśli ktoś będzie chciał zamienić ze sobą dwa szczegóły, zrobi to. Wieśku, nie próbuj tego śledzić, wyjaśniać, prostować, odkręcać, poprawiać. A gdyby Ci przyszło do głowy – nie próbuj przepraszać! Pamiętaj — Twój delikatny uśmiech…

sobota, 09 lipca 2016

– Widziałeś niebo o wpół do jedenastej w nocy?
– Tak, ale nie dziś. Przedwczoraj, wracałem samochodem.
– I co?
– Było jeszcze trochę jasne. Granatowe, ale blade, mimo, że ciemne.
– Nieźle prawda? O w pół do jedenastej…
– Tak. Ale to nic dziwnego. Na początku lata…
– Na początku to by było w czerwcu. A minęły dwa tygodnie.
– Jeszcze nie, dziś zaledwie dziewiąty…
– Dwa tygodnie, odkąd niebo przestaje być jasne nocą… Odkąd ubywa dnia.
– Rzeczywiście…
– Wiesz, co to oznacza?
– Chcesz powiedzieć – jesień…?
– Tak.
– Ale do jesieni jeszcze daleko.
– Niby tak. Ale jesień zaczyna się już teraz.
– Hm… Czy nie przesadzasz? Mam już teraz myśleć o jesieni?
– Taka jest prawda. Dnia ubywa, a to, co zostaje, to na razie rozpęd dni, w których najdłużej świeciło słońce.
– Ale przecież są wakacje! Ludzie jadą na wczasy, urlop, nikt nie myśli o jesieni!
– Lecz ona, skryta, nadchodzi już teraz, niepozornie, nieopatrznie. Tak naprawdę z każdym dniem staczamy się nieuchronnie w chłód, coraz krótsze dni, martwotę, która nadejdzie, nieodwołalnie.
– Przesadzasz.

niebo

– Żyję realiami.
– Albo raczej – nie możesz od nich uciec.
– Nie wiem.
– Ale ja wiem. Nie patrz na blado-granatowe niebo o dwudziestej drugiej trzydzieści. Idź wcześniej spać, a wstaniesz z kurami.
– Mam odmówić sobie tego gasnącego co prawda, z nocy na noc, ale jeszcze obecnego blasku? Patrzenia i radości – pomijać ją, rezygnować z niej?
– Skoro powoduje smutek?
– Smutek, czy resztkę radości?
– Co silniejsze? Co wybierasz?
– Nie mam poczucia, że mogę wybrać. Ale ale, jeśli będę wstawał wcześnie, to i tak zauważę odchodzenie lata.
– Lato dopiero się zaczęło. A co masz na myśli?
– Przecież świt też wstaje coraz później.
– To prawda.
– Nie sposób, żebym tego nie zauważył. Moja nostalgia nie pominie tego zjawiska.
– Jesteś zawzięty.
– Jestem realistą.
– Szczycisz się tym?
– Nie mam wyjścia.
– Ciekawe, że ja jakieś mam.
– Zazdroszczę.
– Nie trzeba.
– Ty znowu z tym poczuciem obowiązkowości, decyzji, przekonaniem, że kierujesz swoim uczuciem. Gratuluję, że masz wyjście i że nie zazdrościsz.
– Przepraszam.
– Nie przepraszaj.
– To co mogę zrobić?
– Wiesz… opowiedz mi… opowiedz o grudniu…
– Grudniu?? Już naprawdę przesadzasz. I to ci pomoże?
– Tak.
– W jaki sposób?
– Bo w grudniu dnia zaczyna przybywać. Właśnie zaczyna się zima, ale tak naprawdę, to wraz z jej początkiem szykuje się rewolta. Z każdym nowym dniem przybywa trochę lata. Zima straszy tylko w grudniu, a potem, nieświadoma, traci kawałek po kawałeczku. I zanim się spostrzeże, już jest za późno, już marzec, i kwiecień co przeplata. I potem – dwa miesiące, w których nie martwię się o nic, tylko patrzę, jak niebo jaśnieje coraz późniejszą nocą, bladym granatem… Opowiedz mi, a zacznij – od grudnia…

wtorek, 05 lipca 2016

Dziś w nocy błyski podświetlały krajobraz z tamtej strony. Na ich tle majaczyły czarne, obłe kontury drzew. Jaśniało niebo tam, dalej, poprzez warstwy biało świecących chmur. Między rozbłyskami, kryjąc się w ciemności, przeciskał się autobus, w stronę miasteczka. Pochylona, zmęczona sylwetka niemodnej już karoserii. To przedostatni kurs. Ostatni wyjedzie z metropolii za dwie minuty. Możliwe, że spotka się z deszczem… Dotrze jeszcze przed północą, zmoczony i zmęczony przechodzień.

poniedziałek, 04 lipca 2016

Dlaczego piszę o ogrodzie? Albo o polach, które się za nim ciągną? Bo one są tym, o czym warto pisać. Nie o pracy, ciekawej i niepowtarzalnej każdego dnia, nie o nowym sprzęcie, nowym oprogramowaniu, nowych efektach w animacji, nowych zakupach, nowym biurze, nowym studiu fotograficznym. Choć to wszystko jest fajne, ale wydaje się tylko wstępem. Wstępem do leżenia w ogrodzie, na kocu.

Jakby leżenia w ogrodzie, na trawie, nie można było docenić bez tamtego wszystkiego. Jak często leżę? Raz na tydzień? Może raz na dwa tygodnie? Myśl o leżeniu w ogrodzie jest tym, co mnie napędza gdy budzę się rano, prostuję mięśnie, jadę do pracy, przekładam kartki ze specyfikacjami technicznymi i czytajam maile z kolejnymi „prośbami” do spełnienia. Wtedy nad głową otwiera się rozłożysta korona starej czereśni. Zieleń liści dopełnia błękit nieba. Dalej są krzaki porzeczek, czerwonych i czarnych. Potem maliniak, ścinany każdej jesieni i odrastający wiosną. Żadnego nagłego ruchu, żadnego zaskoczenia, wszystko spokojne i przewidywalne. Nawet głosy ptaków.



sobota, 02 lipca 2016

Ciemność. Na zachodzie błyska się. W błyskach, na małą chwilkę, w jasności, stają długie, rozległe pagórki i pola. Na nich małe domki, malutkie w porównaniu do kilkusetmetrowych, rozżarzonych na małą chwilkę promieni, jak rozpalonych do białości drutów wychylających się pionowo z nieba. Burza idzie zachodnią stroną, kroczy zwałem pagórków z południa na północ.

Wiesiek, otworzył szeroko okno i wychyla się z pierwszego piętra w ciemność, chce być bliżej błyskawic choćby o metr, sięgnąć wzrokiem w ciemności ponad parterowym budynkiem, ponad drzewami na ogrodzie. Wiesiek w wyobraźni odrywa się od parapetu i leci przed siebie, mija wysokie topole na zakręcie, gdzie kończy się asfaltowa droga i wznosi się wyżej, żeby stamtąd obserwować burzowe preludium. Podgrywa mu wiatr na liściach najwyższych drzew, lipcowa uwertura nie ma podobnych sobie w innej porze roku.

sobota, 25 czerwca 2016

Nie wystarczą same zdolności, potrzeba jeszcze siły, która je uruchomi i pędzie je popędzać, gnać, ciągnąć, drążyć, doprowadzi człowieka do pasji, nie w znaczeniu „zainteresowania”, ale czegoś w rodzaju „szewskiej pasji” – nie dającej się pohamować chęci robienia czegoś, co jest związane ze tymi zdolnościami. 

Może to być potrzeba osiągania konkretnych, wymiernych wyników – np. w sporcie będzie to czas maratonu, wysokość poprzeczki, ciężar wypchniętej sztangi, liczba strzelonych goli, liczba zdobytych medali. Może to być potrzeba pokazania się, sławy – np. w zajęciach artystycznych. Może to być potrzeba osobistego zmagania się z czymś, bez domieszki sławy czy wymiernego wyniku. Ale bez tego „hopla” najbardziej zdolny człowiek nie wykrzesa z siebie niczego.

Możliwe są różne kombinacje. Np. człowiek ma ogromne zdolności matematyczne, ale przyjemność sprawia mu kopanie piłki. Robi to w każdej wolnej chwili, ogląda mecze, czyta książki instruktażowe. Dobrym piłkarzem nie będzie nigdy, bo np. ma słabe serce, albo niekorzystne ukształtowanie stóp. Mimo to cały jego wysiłek zużywa na grę w piłkę, a matematyką zajmuje się na tyle, na ile wymaga jego proste, codzienne życie. Co z tego, że stojąc w kolejce do kasy potrafi obliczyć kwotę szybciej, niż kasjerka na komputerze? To akurat go wcale nie cieszy.

Zdolności i pasja to tylko dwa elementy, a na drodze do sukcesu jest ich jeszcze wiele. Ktoś świetnie gra na fortepianie, ale ma poważne trudności zagrać przed publicznością. Jeśli ich nie przełamie, jego gra jest dla otoczenia stracona, a i on sam niewiele z nią pocznie.

W wielu zawodach bardzo ważne jest przekonanie ludzi do siebie. W innych – konieczność spędzania wielu godzin przy biurku, a ktoś zdolny np. do programowania, grafiki komputerowej lub pisania tekstów jest jednocześnie kinestetykiem, i dłużej jak pół godziny nie wysiedzi. I żegnaj kariero.

piątek, 24 czerwca 2016

Zmęczenie opada jak białe prześcieradło w ciemności. Najpierw dotyka czubka głowy, potem skroni, muska uszy, zawiesza się na ramionach i tak zostaje. Nieruchomo. Bo człowiek jest nieruchomy, bo zrezygnowany, pogodzony z losem. Czeka na dokończenie, jakby ktoś lub coś miało dokończyć za niego, samoistnie, powoli, nieuchronnie. Jeśli nieuchronnie, to i spokojnie. Nie tak, jak gdy niepewność. Jest pewność dokończenia. Jest spokój.

środa, 22 czerwca 2016

Rozpalone płyty, z których ułożony jest skwer przed dworcem. Pierwszy dzień lata. Przejście tunelem i wyjście na stanowiska autobusów. Duszno tu, powietrze stoi pod sklepieniem. Duszny autobus, duszne i ciasne miejsce przy oknie. Duszna frustracja.

Cały dzień w pracy, a on nie może sobie przypomnieć, co robił. Nie dlatego, że nic nie robił, przeciwnie, ciągle coś robił. Bez przerwy biegał z jakimiś papierami, szukał czegoś w internecie, rozmawiał z kimś, kto nagle przyszedł i miał nagłą sprawę. Szukał czegoś na dyskach komputera, nie mógł znaleźć, choć to coś musiało tam być. Porównywał oferty, kalkulował, próbował przewidzieć przyszłość, stworzyć strategię, próbował się dodzwonić do kogoś, kto nie odbierał, złapać kogoś, kto ciągle nie miał czasu. Próbował ogarnąć bałagan w biurze, albo raczej obiecywał sobie, że kiedy załatwi większość palących spraw, wtedy ogarnie bałagan. To znaczy zacznie go ogarniać, bo trudno przewidzieć, ile zajmie ogarnięcie.

W komputerze coś przestało działać, coś nie zrobiło się do końca, wyświetlił się błąd, albo żaden błąd się nie wyświetlił i nie wiadomo o co chodzi. Trzeba więc prześledzić, zbadać, dociec, naprawić, skorygować jakiś drobny błąd, szczegół, bzdurę, bez której nie można dalej pracować, to znaczy dalej gonić – z papierami, z ofertami, tworzeniem strategii.

Człowiek, który siedzie w tym pokoju, przy tym biurku i komputerze, ma zajmować się tworzeniem obrazów. To najbardziej lubi, w tym celu go tu posadzono. Więc kiedy napisze co ma napisać, poukłada co jest do ułożenia, przyjmie i obsłuży potrzebujących, wreszcie zajmie się tym, o czym myśli od tygodni. I wtedy będzie mógł to docenić.

Trzy dni temu tłumaczyłem Sarze, że nie należy w pierwszym zdaniu opowiadania zdradzać puenty. Dziś rano przeczytałem to, co napisałem wczoraj w nocy (tu na blogu) i uśmiechnąłem się, bo zrobiłem właśnie taki błąd. Poprawić go nie jest trudno – pierwsze zdania przerzuca się na koniec, ha!

Sara dostała zadanie napisania tekstu. Nie wiedziała, jak się zabrać, więc rozmawialiśmy i stworzyliśmy koncepcję. Ciekawe, że tworzenia koncepcji zawsze mi brakowało, nie umiałem tego, a i teraz rzadko to robię. Ale w odniesieniu do dziecka przyszło mi to dość łatwo. Chyba łatwiej mówić innym, co powinni zrobić, niż samemu sobie. Łatwiej niekoniecznie dlatego, że tak bardzo chcemy innych instruować, krytykować, poprawiać, ale człowiek posiada jakąś trudność, barierę docierania do samego siebie.

Słuchając naszych rozmów Beniamin wystrzelił nagle zdanie: „szkolny telefon”. Olśniło mnie, zobaczyłem nagle telefon w sekretariacie, na który dzwonią rodzice z najróżniejszymi problemami, banalnymi, śmiesznymi, poważnymi, z żądaniami, prośbami, propozycjami ulepszeń wziętymi z księżyca albo uwzględniającymi ich egocentryczny punkt widzenia. Bo szkoła ma tak naprawdę jeden telefon i wszystko spływa właśnie tu, do sekretariatu, na panią sekretarkę. Zobaczyłem niesfornych uczniów, którzy dzwonią robiąc żarty, albo wykorzystują chwilę nieobecności sekretarki, żeby dzwonić na straż pożarną i zgłaszać podłożenie bomby w szkole. Sprzątaczkę, która po godzinach dzwoni do córki w Austrii. Zobaczyłem sekretarkę, która, roztrzęsiona, albo przeciwnie – niezwykle spokojna i opanowana – szalonym, nadludzkim wysiłkiem próbuje ogarnąć wszystkie sprawy. Oprócz telefonu ma czekających w kolejce rodziców, palące sprawy nauczycieli, wykonuje polecenia dyrektorki, i nagle szkolnego woźnego, który wpada i krzyczy, że jakieś dziecko weszło na dach i nie chce zejść.

Tak więc koncepcja jest. Teraz tylko napisać. Ale po co pisać, skoro już się to przeżyło, w wyobraźni, tworząc koncepcję? Właśnie, oczekuje się, czy słusznie, że pisanie samo w sobie ma być przeżyciem, nie nudą. To, co pociąga, to odkrywania świata podczas pisania, to jak wędrówka w terenie, gdzie za każdym zakrętem jest coś nowego. Raz błotniste kałuże, przez które trzeba się przedrzeć, innym razem słoneczny stok, na którym można rozwinąć skrzydła i oderwać się od ziemi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103