Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.
środa, 18 października 2017

Wszystkie myśli dnia umierają wieczorem, wszystkie te myśli, które ożywiały marzenia o kolejnym opowiadaniu, felietonie, tekście jakimkolwiek. Marzenia o skleceniu prozy, co na pierwszy i drugi rzut oka nie będzie „ku pokrzepieniu serc”, ale pokrzepi, choć nie wprost, ale niezauważalnie.

W sumie pokrzepienie ma sens, tylko pokrzepienie. Pokrzepiony może zająć się czymkolwiek, np. graniem na tablecie, trenowaniem piłki nożnej, spacerowaniem, czytaniem Bruno Shultza, badaniem wysokoenergetycznych neutrin, omiataniem szkieletu nad Morzem Martwym, kontemplowaniem symfonii Mykietyna, planowaniem strategii finansowej. No czymkolwiek czymkolwiek. Warunkiem brzegowym działań człowieka jest pokrzepienie. Pokrzepiony może i nie wiedzieć, że jest pokrzepiony, z kolei niepokrzepiony odczuwa wyraźny brak czegoś, nawet jeśli nie zdaje sobie sprawy, że chodzi o pokrzepienie.

Ciekawe, że ludzie oczekujący na pokrzepienie przejawiają często zadziwiającą wrażliwość na wszystko. Tak, jakby spodziewali się pokrzepienia (nawet nie nazywając go tak) w każdej chwili, bo potrzebują go po prostu. Czepiają się zdarzeń, ludzi, zbiegów okoliczności, przypadków, zmiany pogody, znalezionej monety na ulicy, przypadkowego, przelotnego uśmiechu, wiążą z nim nadzieje, że to ono, że już.

środa, 04 października 2017

Kobiety na ulicach, w zasadzie mówmy o dziewczynach, które wyglądają jak wyglądają, czyli dobrze, bo są po prostu zrobione. Gdyby nie ten ciuch, make up, wyższe buty, gdyby nie taka torebka, to nikt by oka i na chwilę nie zatrzymał.

Patrz, idzie. Wybielona, wyrównana jasnym pudrem twarz, lekkie cienie na policzkach, podkreślone nie za mocno powieki, rzęsy, brwi też ma się rozumieć. Umie malować, naprawdę umie. Dobry fryzjer też był. No ale nos… Nos duży, szczęka szeroka, kości wystające. Fryzjer widział i poprawił, jak mógł najlepiej. Odcień dopasował, jaśniejszy, przez to mniejsza twarz się wydaje, i przyciął pasemka nie za nisko, nie za wysoko, że głowa całkiem zgrabnie wygląda. Fryzjer specjalista.

Bluzeczka u góry nie za szeroka, że niby ramiona drobne, szerzej skrojona na piersi i węższa znów poniżej, że niby talia cieńsza niż naprawdę. Na brzuchu napięta lekko, przechodzi w kształtne jeansy, zaokrąglające pupę i wyciągające uda, niże kolan zwężane, ale nie za bardzo.

Idzie. Zgrabnie nawet idzie, musi się pilnować, bo takie nogi. Inaczej ciuch i make up na darmo. I jak staje, też ważne, gdy patrzy na rozkład jazdy, albo czeka, pod gablotą, przy ścianie. W takich butach iść niełatwo, choć jeszcze niezbyt wysokie. Chodzi prosto i pewnie, ze swadą, jak już taki ciuch i taki make up. Najgorzej, jak zrobiona dziewczyna idzie krzywo, albo zgarbiona, albo jeszcze z kwaśną miną. Mina w sumie najważniejsza, nieważne, że duży nos i szeroka szczęka. No i ręce grubawe. Jak dłonie grube, to wiadomo, że i reszta taka, nawet jak nie widać, pod bluzeczką i jeansami modelowymi. Mieszkałaby na obrzeżach miasta, chodziłaby w tym, co na bazarze kupi, fryzjer taki sobie podmiejski, to mało kto by oko zatrzymał. Zaraz by nochal wielki wyszedł i uśmiech przyćmił, i szeroka szczęka niesmak wzbudziła, i te palce na plastikowej torebce zaciśnięte.

poniedziałek, 02 października 2017

Mieści się na pierwszym piętrze. Poczekalnia podzielona jest na boksy, w każdym stoi krzesło. Stanowisk jest za mało, jak zawsze, jedno krzeslo stoi na środku, z tej pozycji widać całą poczekalnię i wszystkie boksy. Zajął je pułkownik, mezczyzna koło sześdziesiatki, w jeansach kupionych na placu,  ciemnym swetrze w jaśniejsze romby na przodzie, podłsiały i w czarnych, skórzanych, wychodzonych półbutach.

Pułkownik, bo nadaje ton całej poczekalni. Przyszedł jako trzec, zajął to miejsce. Zaczął od szpitalnych opowieści, ze szczegółami medycznymi problemów jego żony, która po dwóch sepsach nie miała prawa wyjść, a wyszła. Szatyn w średnim wieku, siedzący w kącie, próbował skierować myśl pułkownika w stronę polityki. Bo uciszyć pułkownika nie sposób, szybko się okazało. 

Toaleta. Ważny szczegół pracowni medycyny nuklearnej. I butelki z wodą, w dłoni każdego z czekających. Piją wodę, to nakaz medyczny. Oddawanie moczu nie musi być nakazane, jest prostą konsekwencją. I czekają. Nie wolno wyjść do sklepu, bufetu, nawet spacerować po korytarzu. Może by nie napromieniowywać postronnych. 

Szkoda, że toaleta nie jest wygłuszona.

niedziela, 24 września 2017

Nadeszła mgła i jesienny zapach chłodniejącego powietrza, wyłaniający się z mroku. Ten zapach można poznać wszędzie, zawsze, z zamkniętymi oczyma. Z mgły wyłaniają się ledwo kształty, wspomnienia sprzed lat. Zamglony krajobraz Krakowa, uliczki na Dąbiu, po obu jej stronach ciągnęły się przyklejone do siebie domy. Nie było dwóch takich samych.

Albo jesienna mgła i chłodniejące powietrze w małym miasteczku. Kilkuletni dzieciak nie mógł usnąć wieczorem. Jak to było, że przejeżdżające auta omiatały pokój snopem światła, który kładł się na ścianach i suficie, przebiegał szybko i znikał. Dziś auta przejeżdżają, a snop się nie pojawia.

Z mgły wspomnień wyłania się sala w szkole muzycznej, na zajęciach historii muzyki. Dwudziestolatek, który siadał w przedostatniej ławce, nie wierzył, że uda mu się zdać egzamin końcowy. Czasem i teraz, po dwudziestu kolejnych latach, nawiedza go sen, że znów siedzi tam, słucha, notuje, ma zeszyt zapisany, ale zdania, wiadomości, nazwiska, daty, nie układają się w żaden ciąg, który mógłby zapamiętać. Któregoś roku grono nauczycielskie wydało zestaw kaset z utworami obowiązkowymi do słuchania. Palestrina, Orlando di Lasso, Gomółka. Historia muzyki wreszcie ożyła. Kasety kopiował i ręcznie opisywał któryś z nauczycieli, pełen idei i zaangażowania w edukację młodzieży. Dwie takie kasety leżą jeszcze na półce, choć nie ma już ich na czym odtwarzać.

Inny sen to koszmar z fakultetu matematyki. Student drugiego roku, po historii muzyki, pędził na uczelnię techniczną, na wykłady z rysunku technicznego, materiałoznawstwa, matematyki. Ta matematyka powracała potem przez lata. We śnie, w którym, jak to bywa w niektórych snach, bohater jest przekonany, że tkwi właśnie tam, gdzie śni, i że wcale to nie jest sen, tylko najprawdziwsza rzeczywistość. I właśnie minęła połowa semestru, a on tej matematyki ni w ząb nie przyswoił. Fascynowała go, rozumiał ją, ale nie umiał liczyć. Nie pokonał tej bariery, którą zdobyć można tylko mrówczą pracą, ale nawet pracy zacząć nie mógł, bo choć ideę rozumiał, to znaczki, wzory, równania, stawiały przed nim zacięty opór. Ot, może nie tyle leń, co po prostu filozof, a nie matematyk czy naukowiec.

We mgle przeszłości zatarły się korytarze, przejścia, fasady budynków, z wyjątkiem niektórych. Dobrze zapamiętanych, wyraziście, sytuacji. Dziesiątek sytuacji, w których udało się przepchną, popchnąć naprzód kolokwium, zaliczenie, wpis do indeksu, egzamin. Jeszcze teraz śni mu się czwarty rok, albo piąty, i w tym śnie jest całkiem przekonany, że zaliczenie studiów nie może stać się prawdą.

Wszystkiemu winna jednak mgła. Już wtedy kusiła zamazywaniem kształtów, rozpraszaniem światła ulicznych lamp, była taka jedna lampa, gdzieś tam na ulicy Portowej, w jedną zimową noc, gdy minus trzynaście ścięło wodę na ulicach, i równowagę trudno było utrzymać na rowerze. Życiu człowieka towarzyszy mgła, gdyby mógł podsumować skąd przyszedł, jak to kiedyś było, i dokąd idzie…

środa, 20 września 2017

Wiesiek dał mi do przeczytania taki tekst. „To jest list” – powiedział. „No dobrze” – powiedziałem – „ale list chyba nie do mnie, dlaczego miałbym go czytać?”. „Bo ja go nie zamierzam wysłać. Ale musi go ktoś przeczytać, bo inaczej nie spełni swojej roli”. „Jakiej roli, skoro jest listem, a nie zostanie dostarczony?” – zapytałem. „Ten list jest najbardziej potrzebny mnie. Lecz to za mało, żebym tylko ja o nim wiedział, więc daję go tobie”. Niewiele z tego rozumiem, ale dobrze. Nie odmawiam, zapoznanie się z nim chyba nie będzie mnie wiele kosztować.

 

Otóż pani doktor, uważam, że nie ma pani racji. Mierzenie cukru przez cukrzyka, w mojej sytuacji, tylko cztery razy dziennie, nie sprawdza się w praktyce. To po prostu stanowczo za mało. Może gdybym był księgowym, siedzącym osiem, dziesięć, dwanaście godzin przy biurku. Spożywającym posiłki o tych samych godzinach. Jadącym do pracy o tej samej porze i powracającym tak samo. Ale nie jestem.

Łatwo powiedzieć, kiedy się nie zna moich realiów codzienności. Tak tak, wiem, ma pani tytuł doktora nauk medycznych diabetologii, ale mimo wszystko, nie jest pani jasnowidzem. I nie wie pani, a nawet jeśli kiedyś napomykałem, nie sądzę, że pamięta pani, jak wygląda mój dzień. Zresztą podczas wizyty nie ma czasu na szerokie opowieści, pacjentów jest zbyt dużo, a może mnie pani przyjąć i tak zbyt rzadko. Bo co to jest – cztery razy do roku? Tyle, żeby wypisać recepty i zapytać, co słychać.

Tak więc mój dzień, to nie jest jeden dzień. To są dni, ponieważ każdy z nich wygląda inaczej. Każdego dnia mam co innego do zrobienia, o różnych godzinach, z różnym nasileniem pracy fizycznej. Jednego dnia tkwię przez cały czas przy biurku, innego – biegam, innym razem noszę sprzęt, jadę tramwajem z tobołami, ustawiam, stoję dwie, trzy godziny, składam, potem piechotą kilkaset metrów, znów do tramwaju.

Nierzadko trudno znaleźć chwilę na posiłek. Wiem, że to nie jest wytłumaczenie, ale mówmy sobie szczerze, jak jest. Kończę po południu, wieczorem, albo w nocy. Aha, przecież dojeżdżam do pracy kilkadziesiąt kilometrów. Ostatnio zaś, z powodu remontów i korków na drodze do Krakowa i w samym Krakowie, czas dojazdu wydłużył się do dwóch godzin. Wobec tego, że codziennie spędzałbym cztery godziny w autobusach, busach i tramwajach, czasem nie wracam do domu na noc.

Trzeba wziąć też pod uwagę mój profil osobowości i temperament, np. to, że jestem emocjonalnym kinestetykiem. Chyba nie powie pani, że to nie ma znaczenia. Moja glikemia bardzo zależy od nastroju i emocji. Nie mówiąc już o typowych czynnikach, takich jak ilość i regularność snu, wysiłek fizyczny, indeks glikemiczny pożywienia, które w mojej sytuacji jest dość różne, czy infekcje, które znacząco wpływają na poziom cukru we krwi. Pani sugestia, żeby przed pracą fizyczną wypić szklankę lub dwie soku, jest zbyt uproszczona w mojej sytuacji.

Mówiąc krótko – uważam, że naprawdę bardzo dobrze sobie radzę. Ale pod warunkiem, że mam możliwość mierzenia glikemii sześć, osiem, czasem nawet dziesięć razy dziennie. A to oznacza, że potrzebuję dużo pasków do glukometru. Jeśli pani nie może mi tyle przepisać, będę szukał jeszcze gdzie indziej. Oczekuje pani ode mnie, że mój średni poziom glukozy, określany wskaźnikiem HBA1C będzie poniżej 7, a jednocześnie uniknę hipoglikemii. Na to jest tylko jedna rada – muszę często mierzyć. Tak wynika z mojego osobistego doświadczenia, w moim przypadku.

czwartek, 14 września 2017

Wieczór zapadł o 19.00, przyspieszony przez grubą warstwę chmur, która nadeszła długą ławą, jak cięta nożem, i przesłoniła słońce na godzinę przed zachodem. Wraz z nią nadbiegł wiatr. Zaszumiały drzewa nad boiskiem piłkarskim, obok szkoły. Potem przez godzinę nie przestawały szumieć, w ciemniejącej atmosferze.

Antek siedział w samochodzie, donikąd się nie spieszył. Uchylił dwie szyby, na przestrzał, na tyle, by wpadający wiatr grał na ich krawędziach zawodzącą melodię. Przez okna widział budynek szkoły, jego coraz ciemniejszą bryłę, chwiejące się wysokie konary na tle coraz bardziej mrocznego brudnym granatem nieba. Szum tamtych liści, na zewnątrz, mieszał się z bliskim zawodzeniem. Pomyśleć, że jeszcze trzy miesiące temu, jak było to niedawno, o tej porze dnia spadał z nieba blask, ze wszech stron. A teraz dzień przedwcześnie zamiera, nie czekając od nikogo kondolencji.

sobota, 09 września 2017

Chcecie, przeczytajcie moje teksty.

Diabetes melitus, czyli cukrzyca:

Dwa opowiadania wzięte z życia rodziny:

Najzwyczajniej szczęśliwy. Z powodów zwyczajnych. Aż głupio pisać, tak zwyczajnych. Ot, ociepliło się. No szczęście! Dwa dni w pracy, mimo problemów ze zdrowiem i niepewności, jak skończy się praca ponad dziesięć godzin dziennie. Skończyło się nieźle. Jeszcze się udało, jeszcze teraz. Nikt nie wie, jak długo jeszcze będzie się udawać.

Jutrzejszy dzień bez obowiązków. Niewiarygodne. Te wszystkie lęki, strachy, towarzyszące przez lata. Jak to się dzieje, że kiedyś znikają. Dlaczego nie zniknęły wcześniej? Za młodu? Można by wtedy tyle zrobić, wiele dokonać. Zamiast bać się.

Nadchodzi jesień. Trochę szkoda, że nadchodzi. Ale skoro musi nadejść… Urok w wietrze, zimnie (jednak? czyżby?) w plusze. Urok w martwiejącym ogrodzie, płowiejącym, w którym zostały pod drzewami letnie krzesełka. Urok kiedyś nie do pojęcia – skąd ten urok. Teraz po prostu jest.

Jeszcze jeden dzień.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Antek czują ją blisko, w piersi. Gdy bierze czasem nową książkę, albo otwiera program do animacji, zakłada nowy projekt, wchodzi na ulicę, na której nigdy nie był… Przeczuwa, że za chwilę coś się pojawi, wydarzy. Coś odsłoni się, wychyli zza kantu biurka, zza drzwi pokoju, zza znaku drogowego, budki z gazetami. To coś jest blisko, nowe, oczekiwane, tajemnica, której poszukiwał, która była mu potrzebna do czegoś, bardzo potrzebna, zapewne do dalszego ułożenia układanki. Jakiej dokładnie układanki, tego Antek nie wie, bo nie wybiega dalej wzrokiem ani wyobraźnią, a układanka jest szeroka i długa, sięga poza horyzont tam, z przodu, i niknie za horyzontem, tam skąd przyszedł Antek. 

Grzebanie się tu i teraz, w kawałkach codziennych puzzli, jest nudne i wyczerpujące, można się z nim jakoś zaprzyjaźnić, pogodzić, uznać za konieczne, wszakże pod tym warunkiem (!), że co jakiś czas, w dłonie, pod stopy, spadnie od strony nieba, wyłoni się z mgły, ten jeden fragment, inny niż wszystkie codzienne, którego będzie można włożyć w od dawna puste miejsce. Miejsce, które razi beznadziejnością, jałowizną, otępieniem, nie dające spokoju, uwiera w pamięci nawet w wolnych chwilach w ogrodzie lub w parku, nad jeziorem, w górach, i w snach przede wszystkim.

Rozumiecie teraz tę gorączkę? Pali. Antek czasem nie jest pewny, czy to nie choroba jakaś i gorączka trzydzieści dziewięć stopni, ale zgodziłby się i przyjął i chorobę, byle ten puzzel się objawił. Ryzykant z Antka, tak by powiedziało wielu ludzi, tak by powiedziała jego dziewczyna, gdyby miał dziewczynę. Tym bardziej by tak powiedziała, gdyby miał jeszcze dzieci, bo skoro nie żyje sam, to powinien być odpowiedzialny. A odpowiedzialność to nie szukanie jakichś puzzli, tylko nienarażanie rodziny na zajmowanie się chorym Antkiem, podczas gdy codzienność stoi w miejscu.

Czy Antek ma dziewczynę i ma dzieci? No ma… Powraca więc do codzienności i układając zwykłe puzzle na tyle sobie pozwala, że zagląda czasem za kant biurka, albo za okno, albo wdepnie, po drodze do pracy lub sklepu, na kawałek ulicy, na której jeszcze nigdy nie był. Wyciąga wtedy termometr z bocznej kieszeni małego, codziennego plecaka. I nie pozwala sobie na więcej niż trzydzieści siedem i pół.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Mam do napisania tekst. Na zamówienie.

Siadam. Coś idzie. Nie idzie. Próbuję, zmieniam. Piszę strumieniem, tak u mnie trzeba, napisać jak najwięcej, zanim włączy się mechanizm blokady.

Wstaję do szafki, tam na półce, z tyłu, jest napoczęta czarna czekolada. W połowie drogi zdaję sobie sprawę, że tę samą (prawię tę samą) myśl można zapisać na dziesiątki sposobów, na kilkunastu poziomach. Oblewa mnie chłód, zdaje się, przerażenie: to niemożliwe, żebym coś sensownego napisał. Choćby statystycznie rzecz biorąc – to niemożliwe… Jak wśród tej gmatwaniny znaleźć drogę, sklecić jedno z drugim, pomijając to, co do siebie nie pasuje…

Jedyne teraz wyjście, to zagryzając pośpiesznie czekoladę dopaść klawiatury i pisać dalej. Pisać, nie myśląc o niczym, o molochu języka, do którego nierozważnie ośmielam się zbliżyć. Który próbuję podkopać, bo wejść wejściem, nawet pobocznym, nie jestem godzien. Ja, myszka, szczur, kret, partyzant literatury, samozwaniec, uzurpator, ignorant, banita, wyrzutek. 

Podchodzę do giganta tyłem, bo jego widok, jego świadomość, obali mnie. Może mnie nie zauważy, jeszcze tym razem, dopóki nie czuję ne plecach jego cienia nie rzucam się do ucieczki.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017
(aby poznać kontekst, przeczytaj krótki poprzedni wpis)

Dlaczego bywa tak, że kiedy liczy człowiek na porządną przygodę, kończy się ona, zanim się zacznie?

Torba spakowana, pidżama, kapcioszki, szczoteczka, maszynka do golenia, nawet sztućce i talerzyk, w pękatej, niewielkiej torbie. To wszystko wróciło do domu, razem ze mną.

Co za czasy! Że w trzy godziny da się załatwić konsultację lekarza specjalisty, i to za pieniądze z NFZ! I to w miejscu, gdzie pierwszy raz jestem, nikogo nie znam, żadnych zwyczajów nie znam, korytarzy nie znam.

Tradycja upada. W rejestracji bierze się numerki, nie ma równych i równiejszych. Dyskutować z rejestratorką nie ma po co, tak szybko przeglądnęła dokumenty, które w dłoni mej uwidziała, i dwie minuty nie minęły, jak wyekspediowała nas dalej, piętro wyżej. Opowieści przygotowane miałem, szczegóły dramatyczne, nazwiska, kontakty, adresy, ale na nic się zdały, ucięte jednym tej kobiety zdaniem.

Lekarz – tutaj tchnęło wspomnieniami, jakie mam z przeszłości – spóźnił się godzinę wedle grafiku wiszącego na drzwiach. (Ale jakich drzwiach, przesuwających się samoczynnie i bezszelestnie, otwieranych elektronicznym kodem!) Cóż jednak, że się spóźnił, jak w ciągu trzydziestu minut nadrobił zaległość. Rozdzielił gremium na dwie grupy i przyjmował prawie po dwóch naraz. Przy tym rzeczowy, cierpliwy i tłumaczący do znudzenia. Tak więc mimo starań naszych, by na oddział szpitalny się dostać, zdołał ów felczer zagadać nas i zbałamucić tak, że ochotę straciliśmy do ponownych pytań i nalegań. I to wszystko bez wrzasku i bez obrazy. Odesłał mnie do domu.

Zanim więc słońce najwyżej stanęło, już byliśmy załatwieni, na trotuarze przed wielkim budynkiem, zaskoczeni i bezczynni. Tylko przy wyjeździe z parkingu przyszło trochę się zżymać, cyfrę za postój usłyszawszy, ale że kasjerka odmalowana i miła, a i to jedyny koszt dziś w szpitalu owym, tak i humoru na koniec nie straciliśmy.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Jutro, wraz z moją wierną towarzyszką, ruszamy na podbój przychodni i oddziałów szpitalnych. Nie pozostaje mi nic innego jak uznać to za rzecz, którą lubię najbardziej – za przygodę. Tak więc jutro czeka mnie przygoda, rozpoczynająca się o piątej czterdzieści siedem, gdy zabrzmi pierwszy dzwonek budzika. Potem może być tylko ciekawiej.

Będzie ciekawie, bo jak na razie czuję się bardzo dobrze i z każdym dniem – coraz lepiej. Ale wmawiają mi, że nie mam się z czego cieszyć, przynajmniej na razie, bo sytuacja jest zła. I owa intrygująca dychotomia jest gwarancją emocjonującej przygody. Uwielbiam badać sprzeczności!

Że mi wmawiają, to akurat mnie nie irytuje, a nawet jestem wdzięczny, bo wmawia mi nie byle kto! W związku z tym szczerze podejrzewam, że mają rację. Czuję się nobilitowany. Wynika więc z tego, że wyjścia nie mam, przygody nie uniknę.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Kocham zapach lata, gdy o drugiej w nocy otwieram drzwi do kuchni, a tam strumienie chłodnego powietrza. A miałem być nie w kuchni, nie w naszym mieszkaniu, nie w tym miasteczku. Miałem być daleko. Zbyt łatwo przyjąłem do wiadomości, że wakacyjnych planów, nagle, nie ma. Podejrzanie łatwo.

Może dlatego, że teraz wystarcza mi to szczęście, że mogę wejść do kuchni. Jeśli chcę, proszę, i o drugiej w nocy. Wchodzę i już. Tak po prostu. Piękne. I to że w ogóle wstaję z łóżka. A potem zaraz wracam do niego, jeśli chcę. Kładę się, i znowu wstaję. Że to się da, że to działa. Że nawet mogę się przewrócić na drugi bok, między położeniem się i wstaniem. No nie, po prostu mega, niesamowite. Próbuję jeszcze raz, znów wstaję, idę do kuchni, otwieram drzwi, a tam strumienie chłodnego letniego powietrza. Pewnie na Chorwacji są bardzo podobne. Ale co mi tam Chorwacja, jestem szczęśliwy, bo zamykam drzwi i wracam do łóżka. Kładę się, przewracam na drugi bok. Lekko wstaję – działa!

Pamiętam, kilka dni temu zastanawiałem się, czy może każdy człowiek ma limit na wstawanie z łóżka, taki na życie. No mogłem się nad tym zastanawiać, każdy może się zastanawiać nad tym lub owym. Dziś wiem, ten limit to bzdura. Nie żebym miał pretensje do siebie, że nad taką głupotą myślałem, przecież kilka dni temu miałem dużo czasu do zastanawiania się, patrzylem w sufit albo ścianę, godzinę, dwie, rano i po południu, w nocy też, o drugiej, i nawet nie próbowałem iść do kuchni, sprawdzać letnie powietrze.

Ale to było wtedy. Dziś wstaję i idę, więc już nie myślę. Nie ma o czym myśleć, koniec. Nie ma czasu myśleć. Szkoda myśleć o limicie wstawań z łóżka, o takiej bzdurze. Nie chcę, nie muszę, nie zamierzam wiedzieć, nawet jeśli on gdzieś jest, i zmniejsza się, raz za razem.

piątek, 11 sierpnia 2017

Jeszcze godzina, a będzie to pierwsza doba, od dwóch tygodni, bez środka przeciwb. To nie oznacza, że nie b. Ale tym razem wytrzymam.

Bo to jest inny b!!
To jest b, który niesie nadzieję!!!
O tym nie mają pojęcia ci, których coś tam od czasu do czasu pob.!!
Ale ma pojęcie na przykład kobieta, która rodziła bez z.

Ale cicho, cicho. Jeszcze czterdzieści minut. Jeszcze usłyszy ktoś, kto nie powinien, ktoś, kto w tych minutach mógłby przyłożyć trochę b, nie za dużo, tylko nieco ponad stan, ponad cienką linię, o której on dobrze wie. Bo gdyby przyłożył tak porządnie, mocno, to i mnie byłoby nie żal. Trudno, nie udało się, jestem tylko człowiekiem. Ale fatalne to uczucie, którego trudno się pozbyć, powstaje wtedy, gdy wiem, że mogłem, że jeszcze trochę, gdybym się postarał, że to coś, ten cel, leżał tuż obok, a mnie nie chciało się, z lenistwa, niedbalstwa, braku samozaparcia, silnej woli, nie udało się ostatecznie, w ostatniej sekundzie ostatniej minuty, tej pierwszej godziny, pierwszej od dwóch tygodni, sięgnąć.

 

 

b. ból, boli
pob. pobolewa
z. znieczulenie

czwartek, 10 sierpnia 2017

Leżał na łóżku i był szczęśliwy. Był szczęśliwy bo mógł podnieść rękę i sięgnąć po butelkę wody. Stojącą na stoliku. Nawet był w stanie jej nie strącić, i nawet nie musiał się przy tym specjalnie koncentrować. Jeszcze więcej szczęścia dawało mu odkrywanie, odkrywanie kolejny raz, że jest w stanie się odwrócić. Leżąc na łóżku może się odwracać, kiedy leżenie na prawym boku, z lewą nogą lekko z tyłu, staje się nieznośne. Nieznośnie bolesne. Nie do wytrzymania. Z powodu odrętwienia i bólu, rosnącego z każdą próbą poruszenia się o centymetr, poruszenia każdej części ciała, z wyjątkiem powiek. Ale teraz nie, teraz może się odwrócić, mógłby się odwracać dwa, trzy, cztery razy, ale boi się i nie robi tego, bo tli się w nim podejrzenie, że jest jakiś limit na życie, na odwracanie się w łóżku. Ba, że jest limit na odwracanie się na jedną noc, i jeśli właśnie się wyczerpie, to game over, nagle pozostanie jak w stopklatce, na prawym boku, z lewą nogą podwiniętą do tyłu i narastającym nieprzejednanie bólem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107