niedziela, 29 stycznia 2012
Synu...
Trudno znieść histerię trzy i pół letniego syna, bo nie mogę mu ulec z jednej strony, a z drugiej - znam i rozumiem go. I to nie z czasów, gdy miałem kilka lat, ale z tych zupełnie niedawnych. O choćby sprzed roku, czy sprzed miesiąca lub sprzed tygodnia. Powody jego i moje są trochę inne, ale to nie ma znaczenia - emocje te same. I jestem w szachu, bo gdybym chciał jego stan nazwać dziecinnym, to uczciwie musiałbym też nazwać ten u siebie. To tylko skala problemu jest inna, ale każda - u niego i u mnie - na naszą miarę. To zadziwiające, jak on i ja jesteśmy w podobnej sytuacji. Bo, będąc dalej uczciwym, muszę przyznać, że ktoś ma prawo, obowiązek, a nawet zrobiłby mi ogromną przysługę, gdyby był dla mnie tak samo konsekwentny, jak ja teraz wobec niego. Tak, dziadkowie mówią, że to bez litości. Ale to nie tak pojęta litość. Bo ja go ściskam, przytulam, mówię spokojnie i mu tłumaczę, naprzeciw jego wrzaskom, w których krzyczy prawdziwa rozpacz, z dna duszy. Mimo niej mówię: "nie".
Czy chciałbym, żeby ktoś zrobił to samo wobec mnie? Jestem w kropce. Muszę powiedzieć: "tak". Robiąc jemu to, co robię, jakbym robił to samo sobie...
czwartek, 26 stycznia 2012
Spokojnie...
...uczę się pracować. To coś nowego. Radość dotychczas wynikała z ekscytacji. Ale z nią (znów kobieta?) dłużej już nie mogę, mnie wykańcza. Z drugiej strony, skoro nie jestem w stanie robić czegoś (sensownie), czego nie lubię, to poszerzam zbiór lubianych stanów. Kolejnym jest spokój. Oczywiście, nierzadko wyrywa się z piersi płomień uniesienia, cóż zrobić. Lecz objawia się i coś innego - zastanawiające zadowolenie z obserwacji, jak sprawy sukcesywnie idą do przodu. Jakby to nie były moje sprawy i jakbym to nie ja je popychał, a w sumie jest obojętne, kto to robi. Nadszedł czas chłodzenia afektu, niech urzekają się nim młodsi.
wtorek, 24 stycznia 2012
Do śmierci...
...jak się przygotować? Dziś wpadła mi myśl - to tak, jak przygotować się do snu wieczorem. Z tym też nie mogę się pogodzić, co dzień prawie tak samo. Jak to zrobić, aby spokojnie zakończyć sprawy dnia, następnie toaleta, przebranie do pidżamki i powolne dojście do łóżka. Potem - jeden ruch - pod kołdrę, westchnienie, przesunięcie wzroku po suficie, wsłuchanie się w szmery, i zamknięcie oczu...
sobota, 21 stycznia 2012
Nos do góry - życie z komputerem
Problem z moim komputerem Mac wygląda na wyjaśniony. Komputerowy Sherlock Holmes, były agent sieci komputerowej w firmie B. tropiący nie działające drukarki sieciowe, znikające zasoby serwerowe, zaplątany w zwoje czteroparowego kabla ethernet piątej kategorii, jednocześnie instruujący sekretarki i księgowe, że klikanie lewym klawiszem myszki różni się od klikania prawym klawiszem myszki, nieugięty i konsekwentny wywiadowca Piotr K. zauważył wieczorem, że jego komputer nie chce usnąć... "Nie chce usnąć wieczorem? Pracoholik?" pomyślał detektyw, który nie daje się maszynom nabierać na takie numery. Wdusił więc i przytrzymał bezlitośnie klawisz "power", by nie dającemu się okiełznać Macowi wydrzeć duszę odciąwszy zasilanie. "To tylko na chwilę, wybaczysz mi, prawda?" szeptał czule oprawca. I jednakowoż, z ledwością wyczekując tych kilka sekund, które instrukcja obsługi bezwarunkowo nakazuje, nacisnął "moc" (ang. "power"), tym razem delikatnym ruchem, drżącym palcem, z dyskretnym, lecz wyczekującym spojrzeniem, ni to od niechcenia, ni to z boku, trochę zezując, trochę patrząc jakby poza siebie... Poszło, wszystko działa! Sherlock nie poprzestaje jednak na praktyce, potrzebna mu teoria. Otóż wczorajszego dnia stało się to tak. Beztroski komputerman pracował aż stan baterii doszedł do 0% i zamiast poczekać, aż komputer zamknie się sam z powodu wyczerpania akumulatora, to zamknął laptopa, dając tym samym drugi sygnał do zaśnięcia. Te dwa zdarzenia splotły się jakoś w niewyjaśniony sposób w czeluściach elektroniczno-programowych, co doprowadziło do wyłączania się, jeden po drugim, portów USB, oraz uniemożliwiło zaśniecie maszyny. Przeładowanie systemu, które wykonał użytkownik, nie pomogło, problem zniknął dopiero po wyłączeniu zasilania. Oczywiście to tylko teoria, ale czym byłby świat bez teorii... Śnieżnie
Wydostawszy się z uliczek takich jak Rajska i Krupnicza, na Aleje, w Krakowie, zorientowałem się, że całe bractwo kierowców próbujące się dostać w stronę wylotu na Warszawę po prostu stoi w korku. CB radio gadało, że sytuacja jest zła, bo gdzieś jakiś wypadek, że na trzech górkach wylotowych z Krakowa ślizgają się ciężarówki, podobnie jak na michałowickich serpentynkach. Odbiwszy więc w lewo ze stojącego strumienia lśniących wozów (stojący strumień, jak zamarznięty) pomknąłem przez Czarnowiejską w stronę Ronda Ofiar Katynia. To rondo jest jak zwierzę z ogromnym kręgosłupem przebiegającym w kierunku autostrady katowickiej (i dalszej) A4, który jest po prostu wielkim kawałem żelbetu tworzącym estakadę, niosącym w sobie kolejne strumienie stojących wozów. Stojących bo gdzieś znów kolizja, na przymarzniętym lekko, stopionym wcześniej pod oponami samochodów śniegu. Biegnąc dalej w kierunku na Bytom, po kilku kilometrach, odnaleźć można po prawej stronie między rosłymi zaroślami i dzikimi drzewami skrzyżowanie tonące w ciemności i niewielki kawałek asfaltu - to droga zmierzająca w stronę Zielonek. Rozgałęzia się na co najmniej dwie. Wybrałem tę w lewo. Zaskoczyła mnie ta zapomniana już góra, z której trzeba zjechać zakrętami, miedzy bramami podwórek, domami. Ślisko, może to głupie, ale czasem chciałbym móc wyłączyć ABS, bo jak jest bardzo ślisko, to jakby przeszkadzał... Trudno wyrazić tę atmosferę, wypchaną muzyką z internetowego radia Ambient, wraz z zimnem, śniegiem, światłami odbitymi od niewyraźnych kształtów przed maską samochodu, wraz ze śliskością, ciemnością, niedostępnością tego, co tuż za zatrzaśniętymi drzwiami na zewnątrz, co dobija się w lusterkach - cieniami, smugami, odbłyskami wytrwałych latarni, czarnymi kokonami pojedynczych postaci brnących, echami pozdrowień i przekleństw skrzeczących z CB radia, szarpaniem wozu na złączach asfalt-lodowisko, trąbieniem i jarzeniem drogowych świateł przez kierowców, których wyprzedzasz. Nos na kwintę
Nie pisałem tu długo... No i mam pisać? Że radość z tego, że w serwisie naprawili mój komputer pogwarancyjnie za darmo spadła przed chwilą. Przestały działać porty USB, co oznacza, że nie załaduję żadnego zdjęcia z aparatu, nie mogę używać myszki. I że robota znów będzie stać, czekając na kolejną naprawę, po którą udam się w poniedziałek... Cóż, widać zdarza się to nawet Apple... |